Poniedziałek, 11 Grudnia, 2017     ostatnia aktualizacja 03-12-2017
 
O historii wina w Zielonej Górze (cz. III)
 
2017-11-27

Oto trzecia część wywiadu poświęcona historii zielonogórskiego winiarstwa. Tym razem dotyczy ona okresu po II wojnie światowej. Rozmowy z dr Arkadiuszem Cincio, pracownikiem Działu Winiarskiego Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze, przeprowadził Łukasz Misiak.


- Winobrania w Zielonej Górze obchodzono zarówno przed II wojną światową, jak i po jej zakończeniu. Niemieckie obchody różniły się jednak od tych polskich. Aby je porównać, warto przytoczyć kilka przedwojennych relacji, zebranych przez Andrzeja Toczewskiego w książce pt. „Zielonogórskie Winobrania”, które doskonale obrazują przedwojenne winiarnie i winobrania w Grünbergu.
Fragment reportażu z berlińskiego dziennika z 1920 r.: Zapraszamy Państwa do odwiedzin w mieszczańskiej winiarni. Dobre miejsca są ogólnie znane i szczególnie preferowane. Idziemy wieczorem, ponieważ podczas dnia nie spotkamy tam wielu osób. Godziny 17 do 19 należą do starszych panów, później zaś przychodzi towarzystwo, które po całym dniu pracy potrzebuje miłej rozmowy i szuka rozrywki. Na szczycie winiarni powiewa wieniec winny, co oznacza, że w tym domu serwuje się wino (…) Znajdujemy właśnie miejsce dla siebie i już córka gospodarza, bez zamawiania, stawia przed nami podobny do szklanicy wody czterolitrowy dzban wina, taki sam jaki stoi przed wszystkimi gośćmi. No, dobry przyjacielu, widzisz przed sobą swoje wino! Tak, tak, ono nie jest czerwone, nie jest złote, ono się mieni. Jak się tutaj mówi „migocze się”, ponieważ różnokolorowe (niebieskie i zielone) grona zostały użyte do jego wyprodukowania. Ten kolor jest wszelako dla obcych nowością. (…) zielonogórscy smakosze wina zachowują umiar, rzadko wypita ilość wina przekracza 2 szklanice i „małe piwko”. Obcy, nie znający mocy „zielonogórskiego”, na pewno będzie błądził po wypiciu 6 szklanic lub więcej! (…) Nie można zaprzeczać, że tak zwane mieszczańskie wino jest ulubione przez zielonogórzan. (…) Handel winem to stare renomowane zajęcie, znane i popularne wśród mieszkańców Zielonej Góry.


Fragment relacji z 1925 r.: Gwar wskazuje, że nasi goście czują się tu swobodnie. Spoza kłębów tytoniowego dymu wyłaniają się twarze wesołej kompanii, a zaczerwienione nosy i śmiałe oko wskazują, że nie gardzą złocistym trunkiem. Bez większych ceremonii każdy gość może zająć wolne miejsce przy długim stole. Natychmiast pojawia się przed nim usłużna gospodyni ze szklanką wina własnej produkcji. Jest tegoroczne, ma dobry smak. Zacierają się wtedy różnice społeczne. Siedzą mistrzowie obok czeladników. Gruby piekarz wiedzie spór z sąsiadem. Tematem łączącym wszystkich obecnych jest wino. A więc tegoroczny urodzaj, najnowsze plotki z winobrania, utyskiwania pod adresem gospodarza, jeżeli tylko któryś z pijących znajdzie na dnie szklanicy pestkę winorośli. Wtedy gościnny właściciel, dbający o dobrą markę swojego wyrobu, natychmiast napełnić każe na swój koszt następną kolejkę. Jest jednak przy tym podejrzliwy. A nuż dowcipni rajcowie przynieśli ze sobą więcej takich pestek i tylko czekają na chwilę nieuwagi. Im więcej dzbanów opróżniono, tym weselsze były nastroje. Mistrz krawiecki wiedzie zawiłe dyskusje z panem radcą na temat zwalczania szkodników roślin. Opasły sukiennik nie zgadza się z poglądami profesora biologii na temat stosowania nawozów na winnicach. Jest przyjemnie i wesoło. Największy melancholik po opróżnieniu trzeciej szklanicy zamienia się w sangwinika. W miarę picia rosną apetyty. Ale i na to jest rada. Starzy bywalcy zaopatrzyli się w chleb, masło i ser, a obcy znajdzie taki poczęstunek na miejscu. Gość, uczestniczący po raz pierwszy przy takiej degustacji, wnet nawiązuje rozmowę z zielonogórzanami. Przestrzegają go: „Uważaj chłopcze, nawet wino pije się uważnie w miarę, lecz nie z miary i w dodatku litrowej”. Przestrogi nie pomogły. Były może spóźnione. Przybysz na chwiejących się nogach wygłasza na cześć miłej kompanii i zielonogórskiego wina wiele pochlebnych słów. Mówi też, że wiele negatywnych zdań usłyszał o winie zielonogórskim, lecz przekonał się niezbicie, że były to oszczerstwa, bowiem trunek jest przedni. Na koniec zamawia dla siebie całą beczkę młodego wina (…).




Wycieczka uczniów polskiej szkoły w 1929  roku upamiętniona w szkolnej kronice: Podziwu i radości nie można opisać słowami, trzeba było być samemu świadkiem wrażeń, jakie miasto owo na młode pokolenie wywarło. Przed oczyma ich wyrastały jak grzyby po deszczu niewidzialne dotąd, piękne wille, otoczone wieńcem kwiatów i zieleni, a posuwając się dalej żółwim krokiem ukazały się szmaragdowe góry winne, oblane złotym blaskiem tarczy słonecznej. Zapoznały się dzieci z już prawie 800 lat trwającą uprawą win i winobraniem, które to ostatnie je szczególniej zaciekawiło ze względu na to, że rozpoczęcie winobrania związane jest z wielką uroczystością, jak: że po orzeczeniu komisji, że wino jest już dojrzałe, w dniu rozpoczęcia rano na 6. dzwonią wszystkie dzwony, a wtedy na ulicach przesuwają się karawany z wozami naładowanemi wiadrami, beczkami itd., dążącymi do gór winnych. Rojno i gwarno wtedy na ulicach jak w ulu.

- Zupełnie inaczej wyglądały winobrania w czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Na jednym ze zdjęć korowodu widać uczestnika z planszą „Kwaśne, ale własne”. Jak radziło sobie winiarstwo zielonogórskie w tym okresie?
Niezbyt dobrze, pomimo że początkowo zamierzano kontynuować uprawę winnej latorośli a nawet zakładać nowe plantacje. Od połowy XX w. winnice w mieście były systematycznie likwidowane. W 1977 r. przestała działać ostatnia zielonogórska winnica produkcyjna. Miasto stawało się coraz większe, a część mieszkańców urządzała nocne spacery po winogrona. Był to jeden z powodów mniejszych niż oczekiwano plonów. Myślę, że z chwilą, gdy głównym produktem zielonogórskiej winiarni stało się wino owocowe, winnice stały się niepotrzebne. Zaczęto sprowadzać moszcze z Jugosławii i z innych miejsc. Niewielu ludziom na tych winnicach zależało. Czasami ktoś w prasie lokalnej ujął się za nimi. Ostateczny cios winiarstwu zielonogórskiemu zadały jednak decyzje o charakterze politycznym. W ramach Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej nie przewidywano bowiem, by w Polsce uprawiano winorośl i produkowano wino gronowe. Wino miały produkować Węgry, Bułgaria i Rumunia. U nas miały być ziemniaki, zboże i buraki cukrowe.

- Mimo to po wojnie istniało w Zielonej Górze liceum sadowniczo-winiarskie.
Zadaniem istniejącej w latach 1947-1952 szkoły było kształcenie kadr dla winiarstwa. W tym okresie planowano jeszcze rozwój uprawy winorośli w mieście i regionie. Zajęcia prowadzili specjaliści, wśród wykładowców był m.in. Grzegorz Zarugiewicz, który przed wojną prowadził winnicę w Zaleszczykach na Podolu. W 1947 r. napisał książkę pt. „Uprawa krzewu winnego na wolnym powietrzu i przysłonach ścian budynkowych”. Część z uczniów tej szkoły przekazała później swoją wiedzę winiarzom, którzy zaczęli działać w okresie transformacji ustrojowej.



- Jak władze w PRL odnosiły się do winobrania? Była to przecież tradycja niemiecka.
Nikt specjalnie nie wspominał, że to była tradycja niemiecka. Bardziej mówiono o tradycji zielonogórskiej. Dość szybko została wprowadzona narracja, iż było to miasto, którego rodowód sięgał czasów piastowskich, zgermanizowane w późniejszych czasach. Zresztą od samego początku, czyli od 1945 r., święto to miało odmienny charakter od winobrań obchodzonych przez Niemców przed wojną. Na zdjęciach z powojennych winobrań widzimy podczas korowodów kobiety w wielkich kielichach. Ten sam motyw pojawia się na zdjęciach z obchodów winobrania na Podolu z okresu międzywojennego. Podobnie wyglądała sprawa trybuny honorowej, z której prominenci oglądali przemarsz korowodu. Polacy kontynuowali więc obchody zapoczątkowane przez Niemców, ale robili to po swojemu.

- Przemysław Karwowski mówi wręcz o spotkaniu niemieckiej, miejscowej tradycji winiarskiej z kresową, polską. Jak wyglądały takie winobrania?
Na zdjęciach można zobaczyć korowód, który był centralnym punktem obchodów. Dekorowano wozy drabiniaste, konie i platformy. W korowodzie występowały zespoły folklorystyczne, aktorzy teatralni, pracownicy zielonogórskich zakładów, sportowcy, statyści poprzebierani w różne stroje. Winobrania obchodzono z dużą pompą, organizowano loterię winobraniową. Święto wina było odskocznią od szarzyzny PRL. Korowody i przedstawienia uliczne przyciągały rzesze ludzi z całej Polski. Przyjeżdżały zakłady pracy. Legenda miejska mówi, że pijanych delikwentów wywożono wówczas nie do izby wytrzeźwień, tylko do lasu. Winobranie miało także swój wydźwięk polityczny, podobnie jak przedwojenne obchody winobrania na kresach wschodnich. W okresie stalinowskim indoktrynacja była najsilniejsza. W 1954 r. na scenie wisiał portret Bolesława Bieruta. Do Zielonej Góry przybyła delegacja z zaprzyjaźnionych wtedy jeszcze Chin Ludowych. Korowód szedł ulicą Stalina, dzisiaj Niepodległości. Po 1956 r. nie zrezygnowano zupełnie z treści politycznych. Często pojawiały się hasła odnoszące się do granicy polsko-niemieckiej na Odrze i Nysie Łęczyckiej.

- W korowodzie brali też udział średniowieczni wojowie, rycerze a nawet husaria. Jak się tu znaleźli?
Pochód miał być jak najbardziej barwny, pozytywnie odbiegać od pochodów pierwszomajowych. W latach 60. i 70. XX w. w Polsce kręcono dużo filmów historycznych. Stroje wojów Mieszka I, rycerzy Jagiełły, Krzyżaków, żołnierzy szwedzkich, husarzy i ułanów organizatorzy wypożyczali z Łódzkiej Wytwórni Filmowej.

- Czy w tych obchodach muzyka odgrywała istotną rolę?
Największym przebojem zielonogórskich winobrań stał się „Walc winobraniowy” w wykonaniu Janusza Gniatkowskiego. Tekst utworu rozpoczynający się od słów Hej! Winobranie! napisał Tadeusz Cegielski, a muzykę skomponował Eugeniusz Piórek. Do dzisiaj do miasta zapraszani są znani muzycy i zespoły, żeby podwyższyć rangę święta. W okresie PRL duży nacisk kładziono na występy zespołów folklorystycznych. Jednak myślę, że prawdziwa ludyczna strona winobrania była po drugiej stronie sceny. Znane są liczne relacje o tym, że ludzie podczas winobrania tańczyli na ulicach, organizowano także bale winobraniowe. Było w tym też trochę odreagowania trudu dnia codziennego. Dziś nieco brakuje takiej spontaniczności.





- Powstawały również fraszki korowodowe. Czy ingerowała w nie cenzura?
Część z korowodowych fraszek napisała Halina Ańska, część wieloletni organizator obchodów Zdzisław Gruberski. Z jego relacji wynika, że cenzura zaingerowała jedynie w treść jednej z fraszek – „G – Astronomia”: to, co jemy (G) za astronomiczne ceny. Należy pamiętać jeszcze o zjawisku autocenzury.

- Czy zdarzały się jakieś większe wpadki przy organizacji winobrań?
Pewnego roku do reżyserii winobrania zaproszono Piotra Skrzyneckiego z Piwnicy „Pod Baranami”. Scenariusz napisała Maria Czubaszek. Piotr Skrzynecki zgubił go, co było, jak mówi plotka, wynikiem zakrapianej imprezy. W efekcie pogubił się całkowicie, nie znając miejscowych realiów.

- Przejdźmy do 1989 r. i lat 90. ub.w. Czy  zaszły jakieś zmiany w Zielonej Górze i obchodach winobrania?
Tak. W wyniku kryzysu obchody stały się bardziej skromne. To się wiązało z ogólną sytuacją w kraju. W stanie wojennym odbyło się nawet winobranie bez alkoholu, bo go po prostu nie było. Obchody z lat 60. i 70. ub.w. przebiegały najbardziej hucznie. Dziś organizatorzy robią wszystko, by przywrócić tamten rozmach. Z całą pewnością dzisiejsze winobrania są inne. Mamy np. prezentacje winiarzy, czego nie było w okresie PRL.
   
- Niemieckie winobrania obchodzono w październiku, w PRL i obecnie już we wrześniu. Skąd ta różnica?
Krótko po 1945 roku winobrania też obchodzono w październiku. W każdym razie początkowy święto winobrania było organizowane w październiku, bo wtedy dojrzewają winogrona. Trzeba zebrać je jak najpóźniej, by zgromadziły jak najwięcej cukru, ale należy też uważać na wczesne jesienne przymrozki. Później winobranie odseparowało się od swoich korzeni. Ze święta typowo winiarskiego, z takich można powiedzieć dożynek winiarskich, zaczęło zmieniać charakter na święto miasta. Dzisiaj pełna nazwa brzmi „Winobranie. Dni Zielonej Góry”.   

cdn.

Część I artykułu, część II.

* Zdjęcia i reprodukcje ze zbiorów Muzeum Ziemi Lubuskiej

* Na zdjęciu dr Arkadiusz Cincio (fot. Alicja Błażyńska)








Artykuł ukazał się wcześniej w Rynkach Alkoholowych

   
*Zdjęcia ze zbiorów Muzeum Ziemi Lubuskiej