Vinisfera

Apokalipsa na trzeźwo

Jeden dzień, trzy lektury. Trzy lektury, jeden dramat. Jeden dramat, jedno pytanie. Jak żyć? Jak żyć dalej, siostro winomanko i bracie winomanie? Znowu muszę się pytać i znowu w kolejnym felietonie do tego wracać.

Sytuacja powoli staje się krytyczna. Już zewsząd dobierają się nam do gardeł. Dzisiaj rano tekst profesora kardiologii, który twierdzi wprost: jeśli lekarz zaleca ci umiarkowane spożycie wina dla dobra twojego układu krwionośnego, zmień lekarza. Po czym następuje analiza, która po pierwsze wskazuje, że każdy łyk alkoholu jest potencjalnie groźny dla naszego zdrowia, po drugie, że nie ma różnicy, czy dla zdrowia sięgamy po kieliszek wina, szklankę piwa, pięćdziesiątkę wódki. A resweratrol zawarty w winie,  dobroczynny dla zdrowia? Trzeba by pochłaniać dziesiątki litrów dziennie, twierdzi profesor, by mógł zacząć korzystnie oddziaływać.

Chciałoby się zapytać pana profesora, ile kilogramów borówek amerykańskich należałoby spożywać dziennie, ile kilogramów kurkumy, ile kilogramów jarmużu i brokułów, żeby zawarte w nich dobroczynne pierwiastki zaczęły robotę ubezpieczania naszych wnętrzności od raka i innych schorzeń – lecz nie to jest istotne. Istotne jest podważenie odrębnego miejsca wina jako substancji wyjątkowej, kulturotwórczej, budującej ciągłość między pokoleniami. W najnowszym dyskursie medycznym o winie wszelka jego rola kulturowa, symboliczna zostaje po prostu unieważniona, a jego dotychczas powszechnie uznawana osobność w świecie alkoholu zanegowana.  Koniec kropka, tradycja z dziada pradziada na śmietnik, na śmietnik winiarski pejzaż Europy, na śmietnik złota zasada umiaru towarzysząca używkom od czasów Paracelsusa: to, co podane w nadmiarze, staje się trucizną, to, co podane w niewielkiej ilości, wpływa korzystnie na zdrowie. Na śmietnik zatem jedna z fundamentalnych zasad europejskiej estetyki, a już zwłaszcza estetyki francuskiego klasycyzmu: „niczego za dużo” (jeśli nawet nic, co ludzkie, nie jest mi obce). Można bez pompy powiedzieć też, że jest to zasada zdroworozsądkowa: „Nie ma na świecie żadney rzeczy, któraby nie była razem dobrą i złą. Od użycia naszego staje się pierwszą lub drugą. Pokarmy same wzięte na uwagę są dobre, gdy w miarę używamy, stają się szkodliwe, gdy nadużywamy. Żelazo w ekonomice tysiączne czyni pożytki, ileż złego, gdy do mordów i zaboystwa obrócą. Ogień istotny dar nieba pożyteczny i przyjemny, gdy ogrzewa, szkodliwy i straszny, gdy pali. Toż się rozumie o napojach. W miarę użyte i nieczęsto, nie będą szkodliwe; nadużycie onych sprawuje okropne przypadku, ruynuje zdrowie, wystawia człowieka na tysiączne bezprawia, które przy zdrowych zmysłach dopełnić by nie mógł” (Jakub Szymkiewicz, Dzieło o pijaństwie, Wilno 1818).

Nadeszły ciężkie czasy dla wina...? (fot. Corina Rainer, https://unsplash.com)

Na śmietnik historii wreszcie setki tysięcy winiarzy i ich pracowników; niech zajmą się produkcją czegoś innego. Niech uprawiają buraki (których nadmierne spożycie zagraża diabetykom), albo szpinak (którego nadmiar wspomaga tworzenie się kamieni nerkowych), albo niech hodują bydło (którego kupy wzmagają ślad węglowy, a w ogóle to wiadomo, że mięso jest rakotwórcze). No to w takim razie koperek; miliardy ludzi chętnie podjedzą sobie koperku. Albo niech piszą książki, chętnie poczytamy (inna sprawa, że klej do papieru jest rakotwórczy). I tak dalej.

Mam zatem zmienić lekarza? Włodka Sinkiewicza mam zmienić, profesora kardiologii, który napisał książkę opartą na  wielu naukowych badaniach  o korzystnym wpływie wina na pracę serca? No więc nie zmienię, ogłaszam Urbi et Orbi.

Nie znaczy to wszystko, że w świecie wina jest pięknie. Ten drugi artykuł na przykład. I to we francuskim piśmie winiarskim. Przedstawia wyniki szeroko zakrojonych badań zdrowotnych ludności mieszkającej na obrzeżach winnic francuskich. Wyniki nieprzyjemne: poziom absorpcji produktów fitosanitarnych, a zwłaszcza pestycydów jest wyższy niż populacji mieszkającej w większej odległości od winnic. Co gorsza, winorośl najbardziej ze wszystkich upraw, emanuje chemią szkodliwą dla zdrowia. Jak bardzo szkodliwą – nie całkiem wiadomo; badania pokazywały tylko liczby pochłoniętych substancji. I to one – choć używa się ich coraz mniej – są chyba głównym problemem, gdy mowa o winie i zdrowiu, a nie parę gramów alkoholu wieczorem.

I trzeci tekst, jako komentarz do tekstu pierwszego, który każe mi zmienić lekarza. To dopiero co napisany list-odezwa-apel skierowany do samego ONZ przez Académie Internationale du Vin. Podpisany przez dziesiątki czołowych winiarzy świata (kogo tam nie ma, fantastyczna ekipa) i czołowych dziennikarzy (Bońkowski MW też się podpisał). W piśmie tym mowa jest o „denormalizacji wina”, która zagraża „ośmiu tysiącom lat dziejów cywilizacji”; denormalizacji, która traktuje wino jako „molekułę chemiczną”, która ogłasza wino śmiertelną trucizną, nie mając na to wystarczających dowodów naukowych  itd., reszty łatwo można się domyśleć. I trudno byłoby nam, winomanom i winomankom, pod nim się nie podpisać.

Skoro taka odezwa, kierowana do najwyższych symbolicznie władz świata, powstała, oczywistym się staje powaga sytuacji. Co by nam dało życie bez wina? W końcu to nie jego miłośnicy spuszczają ludziom bomby na głowy, urządzają łapanki na obcych, grożą bezkresną wojną, grożą na trzeźwo apokalipsą i innym rozkoszami. Muszą być cholernie zdrowi, owi decydenci gromowładcy, popatrzcie, każdy jeden zbliża się do osiemdziesiątki.

Marek Bieńczyk

- pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.

Vinisfera
Przewiń do góry

Jeżeli chcesz skorzystać z naszej strony musisz mieć powyżej 18 lat.

Czy jesteś osobą pełnoletnią ?

 

ABY WEJŚĆ NA STORNĘ

MUSISZ MIEĆUKOŃCZONE

18 LAT