Vinisfera

Diabeł w raju, Anioł w piekle. Michel Rolland (1947-2026)

Widziałem go raz, w Argentynie, na obiedzie w Bodedze Salentein, której doradzał. Żartował, mówił „muszę skoczyć na pięć minut na winnicę, w końcu mnie zatrudnili”, wracał po dziesięciu. Dziennikarze bardzo wysoko oceniali wina, zapuszczałem żurawia w ich notatki, ale gdy podano wołowinę, schodziła głównie woda, malbeki były too much. Ale czy Argentyna winiarska by trafiła do pierwszej ligi światowej gdyby nie on? Z pewnością nie tak szybko.

Doradzał trzystu posiadłościom w kilkunastu krajach; konsultował najpierw osobiście, później, gdy przyszedł sukces, stworzy cały team, zastęp ”latających winemakerów”. To angielskie powiedzenie – flying winemaker – kojarzy się z nim najpierw. Później fruwać zaczęło wielu, lecz jemu przypada palma pierwszeństwa; to on dał innym skrzydła. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że dzieje nowoczesnego winiarstwa dzielą się na trzy epoki: przed Rollandem, za Rollanda i po Rollandzie.

Epoka po Rollandzie zaczęła się jeszcze za czasów Rollanda. Cały czas jeździł, konsultował, lecz w pewnej chwili coś pękło. Powoli tracił znaczenie fakt, że udzielał posiadłości swojego nazwiska, aż wreszcie doszło do tego, że właściciele winnic nie tylko nie eksponowali jego nazwiska, lecz zaczynali je ukrywać. Wcześniej szczęśliwi konsultowani trąbili urbi et orbi, że ich wina powstają pod pieczą samego Rollanda. Aż wreszcie dla niektórych stało się to wstydliwym faktem, a nawet obciążeniem.

Wiadomo, że przez długie lata chodziło nie tylko o pomoc technologiczną, lecz także wizerunkową. W Bordeaux mawiało się – słyszałem to na własne uszy od kolejnych winiarzy wytwarzających wina nieklasyfikowane – że nie jest sztuką otrzymać niezłą notę od Parkera; sztuką jest sprawić, by butelka dotarła do rąk Parkera. Michel Rolland miał stać się najważniejszym pośrednikiem, godnym zaufania paserem; winiarskim E=mc2 stało się Parker=Rolland. Poznali się jeszcze w latach 80; to Parker zareklamował jego usługi jednej z kalifornijskich posiadłości.

Czy tak było naprawdę? Wiedza powszechna często myli się i przeinacza; jednak rzut oka na oceny win, które wyszły spod ręki Rollanda (bezpośrednio czy przez konsultacje) w latach 90 i przez pierwszą dekadę obecnego stulecia wyraźnie ujawnia parkerowskie preferencje. Do tego stopnia, że modne określenie „parkeryzacja” zawiera w istocie zjawisko, które moglibyśmy nazwać z powodzeniem „rollandyzacją”. Oba te pojęcia kryją dobrze znane profile win. Win wyłącznie czerwonych, bo w nich Rolland się specjalizował i je Parker, skuteczniej i częściej niż białe, oceniał: nieco podwyższony cukier resztkowy dla zaokrąglenia wina i miłego smaku, kwasowość w stanach co najwyżej średnich, dużo ciała i owocu, taniny miękkie i sycące. Dużo nowej beczki, niekiedy aż po 200% (100% podczas winifikacji, drugie 100% podczas dojrzewania win w drewnie).

Oczywiście powyższy opis jest bardzo sztampowy, nieco karykaturalny, ale też manewry rollandowskie w niektórych wypadkach, zwłaszcza gdy chodziło o wina z gorszych siedlisk (w Bordeaux choćby, gdy posiadłości z podstawowych apelacji wypuszczały tzw. prestiżowe cuvées), przynosiły wina w moim odczuciu nieco karykaturalne. Czy powiedzmy delikatniej, nieco na jedno kopyto. Oddajmy mu jednak sprawiedliwość: tam, gdzie w grę wchodziło wielkie terroir, jak np. w Ch. Ausone, tam jego ręka zbyt mocno nie gmerała czy nie interweniowała; Ausone pozostał wielkim winem. Ale już Ch. Kirwan, posiadłość klasyfikowana (apelacja margaux), lecz dysponująca gorszymi glebami, choć za czasów konsultacji Rollanda żadną miarą nie wytwarzała win karykaturalnych, to jednak nie błyszczała. Michael Brodbent pisał po degustacji Kirwana, że woli słabsze margaux, ale margaux, niż lepsze nie wiadomo co. Po odejściu Rollanda i nadejściu innego konsultanta, młodego Boissenot, wina zdecydowanie się zmieniły i poprawiły; w roczniku 2016 (inna sprawa, że wybitnym) Kirwan wypuścił prawdopodobnie swoje najlepsze wino w dziejach.

Michel Rolland (1947-2026) /fot. The Rolland Collection/

Zmiana konsultanta stała się w pierwszej dekadzie obecnego stulecia istotnym zdarzeniem, materiałem do interpretacji: w jakim kierunku pójdzie teraz posiadłość, jaki będzie styl win? Wcześniej nazwiska enologów znane było garstce, teraz okazywały się wyznacznikiem winiarskich dziejów. W „Winach Europy” sygnowaliśmy z Wojtkiem MW, że, mówiąc po Dylanowsku, „the time they are changing”; chodziło o pojawienie się nowej sławy, konsultanta Stephana Derenoncourt, który zaczął wypierać Rolanda jako doradca prawobrzeżnych bordoskich posiadłości. Nadawaliśmy temu zdarzeniu z pewnością przesadne znaczenie, choć intuicja była trafna. Szybko okazało się jednak, że Derenoncourt też zaczyna być passé, pojawiły się kolejne nazwiska, karuzela kręci się do dzisiaj. Oczywiście ułatwiało nam to myślenie o stylu win, dawało materiał do dziennikarskiej interpretacji. Nie kryję, że było to narracyjnie wygodne, ale posiłkowaliśmy się opiniami usłyszanymi od ludzi w Bordeaux czy wyczytanymi w prasie francuskiej i angielskiej. Pamiętam, jakie wrażenie zrobiło na mnie pojawienie się Michela Rollanda w Ch. Figeac, w Saint-Emilion, wina, które zawsze lubiłem. Przez długie lata posiadłość biła się o swoje miejsce w klasyfikacji prawobrzeżnej, a dokładniej o wkroczenie do kategorii Premier Grand Cru Classé B. Zatrudnienie Rolanda – otwarcie mówił właściciel – miało pomóc w sytuacji, która wydawała się już rozpaczliwa. I pomogła. Ceny poszły drastycznie w górę, kategoria przyznana. Piłem pierwszy rocznik spod jego ręki. Owszem, bardzo dobre wino – trzeba by przeprowadzić analizę porównawczą z dawniejszymi rocznikami. 

W każdym razie kierunek trendu się utrzymał: od dobrych 15 lat idziemy w stronę win mniej beczkowych, lżejszych. Aż po nową skrajność: win czerwonych ledwie co macerowanych, przejrzystych, zachodzących na różowość. No i po ponowne nastanie królestwa win białych – w świeżym wywiadzie Angelo Gaja powiedział Jeffordowi, on, winifikator wielkich win czerwonych, że przyszłość wina to biel. Tę kwestię zostawmy jednak na kiedy indziej.

Ale, kiedy mowa o Rollandzie, w centrum rozważań nie wchodzi tylko styl win czerwonych i koniec ery parkerowskiej. Równie istotną sprawą jest miejsce terroir. Czy raczej próba jego unieważnienia. Nie tam, gdzie terroir, jak we wspomnianym Ausone czy innych posiadłościach bordoskich, jest z góry nam dany przez troskliwą Matkę Geologię i słusznie celebrowany. Tam, gdzie terroir nie ma. Weźmy dla przykładu Chateau Quinault L’Enclos. Owszem, z apelacji Saint-Emilion, ale położony na najsłabszych dla apelacji glebach w dużej mierze piaszczystych. Ogon apelacji, dostępny w sieci Franprix. Później, wraz z pojawieniem się Rolanda oraz innego konsultanta Dubourdieu, nagły wyskok w górę, nie tylko prestiżowy, lecz również cenowy, dzięki famie „wina garażowego”. A później powrót na zasłużone drugorzędne miejsce. Otóż dla Rollanda nie było słabych terroir. Były bardzo wielkie, to uznawał, lecz słabych nie było. Co znaczy: w miarę dobre wino można zrobić wszędzie, jeśli da się przy nim umiejętnie pogmerać. No i robiło się wszędzie, do tego ciężka butelka, znamiona powagi w szkle i na etykietce, haust reklamy.  I szło.

Blisko dwadzieścia lat temu rozmawiałem z innym konsultantem, który w tamtych czasach zaczął zyskiwać sławę, wspomnianym przed chwilą świętej pamięci Denisem Dubourdieu; przemiłym człowiekiem. Specjalizował się w winach białych, lecz już zaczynał konsultować posiadłości skupione na czerwonych, w tym okrzyczane hermitage (wielbiciele Rodanu też mówili: dobre wino, ale to nie Rodan). Tak, narzekał na winifikację w Bordeaux pozostającą pod wpływem Rollanda, zwłaszcza na męczeństwo, któremu poddawał on prawobrzeżnego merlota. Jednak sam przyznał, że robi, gdzieś w Europie, a może w północnej Afryce, nie pamiętam, całkiem dobre wino z przywiezionego moszczu. Bo też wiedza enologiczna, która dostała od czasu Peynaud ogromnego kopa, pozwalała czynić cuda. I czyni nadal; mało jest przecież win otwarcie niepijalnych; mogą nie smakować, nie chce się ich brać do ust, lecz gawiedź (proszę wybaczyć tę elitarność) nie będzie rozczarowana. Taki był zresztą argument Rollanda: to dziennikarzom przeszkadza choćby wysoki alkohol, a nie konsumentom. Wszystkie zarzuty mi stawiane są dziennikarskie, a nie konsumenckie. Klient pije moje wina i wychodzi zadowolony, a dziennikarz może sobie kręcić nosem, krzyż na drogę. Może tak, ale dzisiaj niski alkohol z pewnością nie jest już dezyderatem wyłącznie dziennikarskim; jest powszechny, coraz bardziej istotny.

Michel Rolland w gruzińskiej posiadłości Askaneli (źródło: You Tube)

Niektóre wypowiedzi Rollanda o terroir doprowadzać mogły dziennikarzy, jak pisano, do apopleksji. Mówił: zrobiłbym lepsze wino niż Ch. Lafite, Haut-Brion, Cheval Blanc, gdybym mógł zrobić blend z nich wszystkich. A całkiem niedawno przedstawiał w Londynie wino Pangaea, blend win z różnych miejsc na różnych kontynentach. Cena 600 euro. Z pewnością, wszyscy to powtarzają, był mistrzem kupażu; miał nadzwyczajną intuicję i pamięć smakową, tego mu odebrać nie można.

Czy jednak podstawowy zarzut, jaki prasa winiarska stawiała Rollandowi, czyli doprowadzenie do standaryzacji smaku, jest nie do obalenia? Jancis Robinson zajmowała na przykład kompromisowe stanowisko: ceniła wina spoza Bordeaux, lecz bordoskie realizacje Rolanda za bardzo pachniały dla niej Rollandem. Sam Rolland bronił się, mówiąc, że nie da się wyprodukować win według jednej recepty. Za absurdalne uznawał zestawiania jego win nowoświatowych z tak odległych miejsc jak Chile i RPA. Tylko po co robił Panganeę?

Najcięższe oskarżenia rzucił na niego Jonathan Nossiter w filmie „Mondovino”. Skrajnie go diabolizował, czyniąc z niego agenta turbokapitalizmu i jednego z twórców wielkiego wine buisnessu, opartego na systemie punktowym i na łatwym smaku jako gwarancji dla szerokiej sprzedaży. Rolland wielokrotnie odpierał zarzuty, mówił, że „styl Rollanda” nie istnieje. Ale, jak mówił w wywiadzie dla Decantera w roku 2003, wychował się w krainie merlota i lubi jego obfitości, nie przepada natomiast za nadmierną kwasowością. Powtarzał to później, krytykując nową falę win o mocno zarysowanej kwasowości i jego zdaniem niedojrzałych. A że Parker twierdził rzecz podobną, to znaczy wyznawał, że jako syn mleczarzy nigdy nie pokochał kwasowości, trudno duetu nie uznawać za zgrany.  No i nie bądźmy naiwni: każdy, nawet największy mistrz, ma pewien ograniczony zestaw sposobów i środków działania. W każdej dziedzinie. I każdy artysta. Nie da się być jednocześnie Van Goghiem malującym słoneczniki i Hopperem malującym ulice pustego miasta. Proustem i Joyce’m.

Największą zasługą Rollanda jest wywołanie lawiny. Dzieje winiarskie, zastygłe i nudne, nagle ruszyły z kopyta; zaczęło się dziać i dzieje się do dzisiaj; żadnego końca historii. A to, że epoka Rollanda sprzęgła się z kapitalistycznym turbo doładowaniem, uruchomiła spekulacje, wielkie ruchy kapitałów (na dobre i na złe) jest inną kwestią do analizy. O Rollandzie trzeba będzie jeszcze długo pamiętać i dużo o nim pisać, sam czuję, że jeszcze do niego wrócę. 
Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie… Coś ty Mondovino zrobił, Rollandzie…


Marek Bieńczyk

- pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.

Vinisfera
Przewiń do góry

Jeżeli chcesz skorzystać z naszej strony musisz mieć powyżej 18 lat.

Czy jesteś osobą pełnoletnią ?

 

ABY WEJŚĆ NA STORNĘ

MUSISZ MIEĆUKOŃCZONE

18 LAT