Język wina czyli zacznijmy używać czasowników
Słownictwo winiarskie uważa się za wykluczające i zbyt techniczne, a miejsca i inne nazwy winiarskie trudno wymawiać. Co więcej, grupy fokusowe, które niedawno przeprowadziłem z Janem Andrzejewskim (ArsVini), i Katarzyną Korzeń (Akademia EnoRozwoju), pokazały, że nawet zaangażowani miłośnicy wina nie rozumieją tak podstawowych terminów jak ‘wytrawność’. Kojarzyła się im ona z cierpkością.
O języku wina myśli się jako o sposobie, w jaki o winie piszą i mówią autorzy, sommelierzy, sprzedawcy. Ba, w winiarskich podręcznikach miłośników uczy się ‘prawidłowego’ mówienia o winie, a słynna Wine Bible zawiera nawet słowniczek, którego opanowanie pozwala rzekomo winopijcom zrozumieć, co się do nich mówi.
A przecież o winie codziennie rozmawiają miliony ludzi na świecie, w ogóle nie przejmując się tym, że powinni jakoś o nim mówić. Ludzie zajmujący się winem profesjonalnie nie wyznaczają wzorca komunikacji, choćby dlatego, że stanowią wręcz malutką mniejszość osób mówiących o sfermentowanym soku z winogron. Wytykanie miłośnikom wina, że nie znają „języka wina” wydaje się dzielnym piłowaniem gałęzi, na której profesjonaliści siedzą.
To co z tymi, którzy nie znają specjalistycznego słownictwa? Moja mama nie zna znaczenia słowa „spalony” w futbolu, nadal jednak może oglądać mecz. Ja z kolei nie za bardzo wiem, co to jest gaźnik czy alternator, jednak mogę się cieszyć jazdą autem. Podobnie z terminologią winiarską. Nie trzeba wiedzieć, co znaczy „ciało” w winie, żeby winem się cieszyć. A jeśli winopijcy chcą zrozumieć w tej materii więcej, to oczywiście mogą się nauczyć. W przeciwnym razie, będą pili mówiąc tak, jak przytłaczająca większość osób pijących wino – czyli jak tylko im się podoba.
Dodam nawiasem, że argumenty, iż sprofesjonalizowany język wina daje pewność siebie czy pozwala lepiej omawiać czy też zamawiać wino, nie przekonują mnie i nie mają podstaw empirycznych. Klient sklepu czy restauracji może mówić o winie, jak chce, z kolei rolą sprzedawcy czy sommeliera jest dopytanie, jakie wino ma sprzedać. Zachęcanie klientów do nauki języka wina wynika, moim zdaniem, raczej z niedostatecznych umiejętności sprzedawania, a nie z troski o pewność siebie kupujących.
Trudno jednak sobie wyobrazić społeczność, która nie tworzy specjalistycznego słownictwa. Sprofesjonalizowany język wina, tak jak inne socjolekty (w uproszczeniu: języki używane przez pewne grupy społeczne), ma ważną funkcję tożsamościową. Umiejętność posługiwania się słownictwem winiarskim pozwala nam należeć do grupy miłośników wina czy koneserów. W ten sposób rozpoznajemy innych koneserów i sami jesteśmy rozpoznawani jako tacy. Drugą funkcją takiego języka jest ułatwienie komunikacji. Słowa takie jak „wytrawność” czy „kwasowość’ dość dokładnie opisują wino. I choć można je opisać inaczej, mamy słownictwo, które pozwala iść na skróty.
Jednak funkcja tożsamościowa jest tak ważna, że może dominować nad funkcją komunikacyjną. Takie słowa jak „precyzja”, „rustykalność”, „strzelistość”, „autentyczność” znaczą dość niewiele i używane są przede wszystkim po to, by pokazać przynależność grupy, a może do grupy w grupie. To słowa, które mają nas uwieść intelektualnością i znawstwem. W rzeczywistości jednak tworzą barierę wynikającą z połączenia niezrozumiałości z nadęciem. I skoro niewielu z nas umie pisać o winie jak Tamlyn Currin, której metafory częściej wywołują podziw niż irytują, może nie warto się silić się na opisy w stylu „strzeliste i precyzyjnie autentyczne wino z aromatem liścia etiopskiej truskawki świeżo zerwanej przez dziewicę, z rustykalną nutą pióra nurkującego gołębia marokańskiego”.
W kontraście do takich opisów, moim zdaniem, warto myśleć o komunikacji na temat wina, która nawiązuje do doświadczeń ludzi, dla których najczęściej piszemy. Winopijcy bowiem wina szukają, kupują, a na końcu je piją, często w towarzystwie innych. Zatem pytania, które sobie zadaje osoba przed ścianą wina nie są o to, czy wino pachnie wiśnią czy śliwką, ale o to czy warto je kupić. Albo, czy będzie mi smakować; czy to wino jest dla mnie? Kiedy i jak mam je wypić? To odpowiedzi na takie pytania wesprą miłośników i miłośniczki wina w zakupach, a nie lista coraz wymyślniejszych deskryptorów.
Komunikacja na temat wina nie powinna zawierać serii suchych przymiotników i rzeczowników opisujących glebę, technologię produkcji i płyn. Kontakt z winem to interakcja, w której ja coś smakuję i czuję. To zatem również uczucia, jakie wino wywołuje; od radości do rozczarowania. Innymi słowy, proponuję, by w języku wina zaczęły dominować czasowniki. Zacznijmy opisywać wino, które zrobił winiarz, które kupił klient i które wypił i polubił winopijca. Albo które go rozczarowało i wkurzyło.
O Autorze: prof. dr hab. Dariusz Galasiński jest lingwistą i psychologiem, autorem 10 książek. Od lat zajmuje się językowymi aspektami doświadczenia chorób psychicznych i samobójstwa, a ostatnio również komunikacją o winie. Pisze również artykuły dziennikarskie na temat wina i jego znaczeń. Jest członkiem Stowarzyszenia Sommelierów Polskich. .
Prowadzi autorski, winiarski profil na Instagramie.