Kangur mówi: merci!
Nasz winomański język opiera się, jak dobrze wiemy, na kilku opozycjach, typu beczkowe -niebeczkowe, parkerowskie-nieparkerowskie, technicze-nietechniczne, terroirystyczne-nieterroirystyczne, interwencyjne-neinterwencyjne (albo nieinterwencjonistyczne). Używamy ich dla wygody, pomagają nam się poruszać po naszym winiarskim świecie, sprzyjają, nie ukrywajmy, pewnemu lenistwu: łatwiej jest dzięki nim coś wypowiedzieć, osądzić, nawet za cenę bardzo daleko idących uproszczeń. Jednym z najbardziej osadzonych w naszym myśleniu przeciwstawień jest radykalny podział na wina Nowego i Starego Świata. Sam trzymam się go kurczowo, choć wiem, że jest już passé. Prawdopodobnie w degustacji w ciemno wiele razy bym się pomylił, przypisując wino nie tej półkuli na mapie co trzeba. Uczciwie mówiąc, mam wyrzuty sumienia: kiedy w świat wina wkraczałem, całkiem dobrze znałem wina nowoświatowe, geografię, gleby, producentów. Później całkowicie od nich odszedłem i przez lata zaniedbałem je totalnie.
Przeciwstawienie, o którym mówię, nie jest wszak bezzasadne. Kilkanaście lat temu miało ono jeszcze swoje mocne fundamenty: trudno było nie poznać kalifornijskiego chardonnay jadącego kokosem od Sonoma Valley po Monterey czy caberneta z Chile, którego pierwszy łyk niemal do złudzenia przypominał babciną nalewkę z czarnej porzeczki, albo australijskich chardonnay i syrah itd. itp. W ostatniej dekadzie wiele się zmieniło. Nowy Świat zaczął bardziej stawiać na wina jednoparcelowe, szukać miejsc chłodniejszych dla uprawy winorośli, zmieniać sposoby winifikacji. A że w Europie zawartość alkoholu poszła w górę jak bomba na Służewcu, różnice naturalnie zaczęły się zmniejszać, alkohol przestał być kryterium podziału. Co więcej: nowa fala win nowoświatowych, zwłaszcza win białych, postawiła na szczupłe sylwetki. Jednym z najbardziej znanych przykładów są australijskie chardonnay, które bardzo się odchudziły, w niektórych przypadkach do tego stopnia, że zaczęły przypominać ten opis girlsy pióra Raymonda Chandlera: ”Jej strój mógłby skryć się za wykałaczką”. Ponadto w ostatnich latach na antypody (jak zwykliśmy mówić) dotarł trend naturalistyczny. Ostatnie „miałem okazję” (by użyć słusznie wykpionego na stronie Vinisfery przez Łukasza Klesyka wyrażenia) spróbować naturalnego chardonnay z Victorii, z posiadłości 11 Sons; 12,3% alk (Australijczycy dokładnie mierzą), pyszne ono było. Tym bardziej, że autorzy puszczali oko do żabojadów: wino zwało się: Maysons Blonshes. A właściwie puszczali dwa oczka: nazwa posiadłości to przecież tytuł opowiadania Franza Kafki.
Miałem też, drogi Łukaszu, okazję popróbować paru win tasmańskich i paru win z Mornington Peninsula. Czyli z regionów chłodniejszych. Tym razem użyję słynnego sformułowania redaktora Ciszewskiego: „byłem przyjemnie rozczarowany”. Ludzkimi słowy, sprawiły mi niemałą frajdę. O Tasmanii od paru lat mówi się w czasie przyszłym: tygrys (kangur, diabeł tasmański) nadchodzi. Gdy w Melbourne i w całej niemal Victorii w styczniu grzało do 45 C, tutaj ledwo podgrzewało do 22 C.
Tasmania stoi na czterech mocnych nogach: musiaki, pinot noir, riesling, chardonnay, piąta nóżka to pinot gris. Ale jest jeszcze kilka innych; sadzi się na próbę różne odmiany. Miałem sposobność (drogi Łukaszu) wpuścić w moje europejskie trzewia kilka win z młodej posiadłości Stargazer. Współwłaścicielką jest Sam Connew, Nowozelandka, która praktykowała w różnych regionach Australii, a także w Oregon i ostatecznie wybrała Tasmanię, jak miejsce stylistycznie w pół drogi między Nową Zelandią a Australią. Posiadłość leży w Coal River Valley, część gron pochodzi z sąsiedniej Dervent Valley (to dwa z siedmiu wyodrębnionych regionów winiarskich Tasmanii). Bardzo dobre rieslingi, bardzo dobre pinot noir, bardzo dobre stołowe Rada (kupaż pinot meunier, pinot noir i gamay). Moje konserwatywne serce nie zadrgało niebezpiecznie nawet na inny kupaż, zwany Kura (shiraz+pinot noir), choć nie lubię zanieczyszczania pinot noir innymi odmianami. Wszystko mocno wytrawne (pinot tylko w części odszypułkowane, drożdże naturalne), mocno pijalne, bardzo dobra degustacja, a to dopiero początek kariery. Stargazer nie jest jeszcze znaną posiadłością, lecz wtajemniczeni somelierzy wciągają jej wina na swoje karty; kiedy szukałem drogi (trudno trafić), zapytani sąsiedzi powiedzieli: przekona się pan, warto było błądzić.
Oczywiście można mi zarzucić, że cwany ze mnie gapa: niby rzucam się ni stąd ni zowąd na wina nowoświatowe, lecz rzucam ostrożnie, przymilnie, szukając w nich mojej Europy (no bo pinot noir, no bo rieslingi). Tak, owszem, jestem za nielimitowanym rozszerzeniem Europy. „Do Europy tak, lecz razem z naszymi zmarłymi”, pisała kiedyś profesor Janion. „Do Australii tak, lecz razem z moimi winami?”. Kurczę, może stchórzyłem, nie podszedłem odważnie do australijskich cabernetów i shirazów? Ale w końcu taki jest na Tasmanii (i w całej Australii, i w ogóle poza Europą) trend: stylistycznie europeizować wina, zachowując cechy własne, wynikające z gleb (w końcu burgundzkich wapieni się nie przewiezie statkiem) i z klimatu.
Na Tasmanii raz miałem możliwość (że tak powiem, Łukaszu) karmić kangura. Nie uwierzycie, lecz podziękował mi po francusku. Choć z angielskim akcentem.

Marek Bieńczyk
- pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.