Niedziela, 15 Grudnia, 2019     ostatnia aktualizacja 14-12-2019
 
Slow Pinot
 
2019-10-29

Z pewnego punktu widzenia picie wina można podzielić na dwie kategorie: picie w obecności jego wytwórcy i picie, gdy go nie ma, gdy człowieka nie znamy; gdy nie mamy pojęcia jak wygląda, lub co najwyżej widzieliśmy kiedyś jego zdjęcia. Drugi sposób – oczywiście zdecydowanie przeważający w naszych degustacjach – nazwałbym piciem na sucho. Tym paradoksalnym cokolwiek stwierdzeniem chciałbym wyrazić poczucie, że jakkolwiek atrakcyjne i wręcz konieczne, takie obcowanie z winem odbywa się w pewnej próżni: wszystko niby jest, ale brakuje kogoś. Człowieka. Kogoś, kogo obecność degustację, że tak powiem, nawilży swoim byciem, zamieni ją w wydarzenie.
Wiemy wszyscy dobrze, że wino spożywane z udziałem producenta smakuje lepiej. Gdy na przykład rozmawiamy z nim twarzą w twarz i patrzymy sobie w oczy. A jeszcze lepiej, gdy przyjmuje nas on u siebie, na swoich włościach. Smakuje wręcz świetnie, kiedy gospodarz częstuje nas kolacją. A już zupełnie genialnie, kiedy zaprasza nas do gwiazdkowej restauracji. I jeszcze daje butelkę na pożegnanie. A jego pies się do nas łasi i żałuje, że już odjeżdżamy. Hau, hau, napisz o nas ładny artykuł.
Ale pomińmy ten przypadek, nie o niego chodzi. Nie chodzi mi nawet o jak najbardziej szczere, autentyczne spotkania z winarzami, którym nie zależy na marketingu, a na naszej obecności, na dzieleniu się winem, na rozmowie, niekiedy na jakiejś szaleńczej nocy degustacyjnej, podczas której otwiera się dziesiątki butelek; każdy z nas coś takiego przeżył, spotkanie z cudownym szaleńcem, który nie spocznie, póki nie otworzy wszystkich możliwych butelek i nie wypuści nas z piwnicy przed piątą rano.
Dzisiaj mam na myśli coś prostszego: to, w jaki sposób obecność producenta pozwala zrozumieć charakter i styl win, jakie pijemy. Czy stoi za tym przeświadczenie czy raczej klisza, że podobnie jak właściele psów upodabniają się do tychże, producenci upodabniają się do swych win? Nie, raczej chodzi o dopełnienie obrazu i o lepsze zrozumienie. To, że ktoś stoi naprzeciw nas i opowiada o swych winach, nie musi wpływać na ich smak. Natomiast pojmujemy głębiej, na czym jego wino polega, nawet jeśli nie podoba nam się ono szaleńczo. To jest trochę, jak z czytaniem wiersza – czytany „na sucho” uderzy nas lub nie, ale gdy autor powie parę słów, umiejscowi go jakoś w swojej biografii, pojmiemy z niego coś więcej.
Podobne myśli przyszły mi do głowy, gdy w nowym miejscu Marka Kondrata, czyli w otwartym we wrześniu Baravino w Warszawie swe wina pokazywali Michael Seresin i Justyna, jego polska towarzyszka życia. Michael, jak widomo, nie jest winiarzem w pełnym sensie tego słowa; jest znanym filmowcem, a dokładniej autorem zdjęć do wielu słynnych filmów, choćby do „Gravity”. Opowiadał o swych winach w sposób uroczo nieprofesjonalny – nieprofesjonalny w tym sensie, że bez rutyny, bez technicznego słownictwa. Było w jego opowieści, a także w komentarzach Justyny, coś niezwykle delikatnego, eleganckiego. Szukali bardziej kontaktu niż chcieli przekazać wiedzę; to było ujmujące.


Winnice Serasin Estate

Ich winnica w Malborough jest prowadzana biodynamicznie od kilku lat, w całej posiadłości stosuje się recycling i inne zabiegi mające jak najmniej zaśmiecać środowisko. Drożdże naturalne, umiejętne użycie nowej beczki, jeśli w ogóle. Enologiem jest młoda  T. Kelly Washington; przyszła tam zaraz po studiach. Gdybyście po ich wina sięgali, radziłbym je dekantować, tak białe jak czerwone.
Podejrzewam, że w trakcie jakiejś zbiorczej degustacji, a już na pewno podczas konkursu, wina Seresina mógłbym przegapić (jak przegapili redaktorzy Decantera); po pierwsze dlatego, że w tego rodzaju wydarzeniach przebijają się okazy z większą masą, a po drugie dlatego, że mógłbym nie uchwycić ich bytu. Nazywam ten rodzaj win podprogowymi: to nie one biegną na nasze spotkanie, to my musimy ku nim podejść, wkroczyć w ich jestestwo. Wwąchać się w nie, wsłuchać, dać się wciągnąć. Tutejsze pinoty – bo one interesują mnie najbardziej – jadą bokiem szosy; krążowniki mijają je ze świstem w pędzie po powszechne uznanie, podczas gdy one (slow pinot) posuwają się niespiesznie. Oczywiście nieco różnią się od siebie, podstawowe Momo oraz bardziej zaawansowany Leah są lżejsze od mocniej skoncentrowanego Raupo z pojedynczej winnicy. Jednak wszystkie są z jednej rodziny, rodziny AntyKiepskich: takich sąsiadów, otwartych i dyskretnych, chciałoby się mieć.
Pinoty Seresina są burgundzkie w stylu, więc naturalnie jest mi do nich blisko. Ale nawet nie o Burgundię chodzi; połączyły się z tatmego wieczora z parą miłych ludzi i tak w pamięci zostanie – podczas gdy wiele burgundów pitych na sucho przepadło mi w głowie raz na zawsze.


Marek Bieńczyk

Marek Bieńczyk - pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.