Wtorek, 11 Grudnia, 2018     ostatnia aktualizacja 10-12-2018
 
Spowiedź promocyjna
 
2018-12-06


Pierwsze jesienne targi winiarskie (czyli Foires aux vins), w których uczestniczyłem, wydawały mi się przygodą życia. Dzisiaj ich kiepskie echa docierają do nas, do naszych supermarektów; w słynnym Leclercu na Ursynowie na przykład można znaleźć nieco butelek niesprzedanych we Francji po cenach nie tak wiele wyższych od francuskich. Wówczas, w połowie lat 90., paryska odsłona tych targów – czyli tygodniowej wyprzedaży win za niby atrakcyjne pieniądze – była jeszcze dla winomanów wydarzeniem; pierwszego dnia pojawiał się od rana tłum ludzi, by wykupić najlepsze butelki. Co bardziej wierni klienci w przeddzień otwarcia zapraszani byli na specjalny wieczór; podawano szampana (słabszej klasy) i tartinki; niektóre wina były oferowane po jeszcze lepszych cenach.
Pamiętam ten pierwszy raz, jakby to było wczoraj. Długo jechałem pociągiem do podmiejskiego hipermarketu, później biegłem i ciężko dysząc wpadłem na salę. Pierwszy obraz: jeden Franuz wymachiwał butelką przed nosem drugiego Francuza i wykrzykiwał: - To! To jest prawdziwe bordeaux!
I wrzeszczał, jakby był wcielonym Dariuszem Szpakowskim: - Okazja! Ale okazja!
Spojrzałem bliżej: Château La Louvière, Pessac-Léognan, za 100 franków (czyli niecałe 16 euro).  Oczywiście wziąłem, niebotyczna kasa, lecz dla ofiary wampira zwanego Winem, nie mogło to już stanowić przeszkody.  Dzisiaj obszedłbym to château raczej dużym łukiem.
Parę metrów dalej sprzedawca wymachiwał przed klientem jakimś burgundem. - Ależ tak, brać, to przecież La Pucelle! Klient wziął, wziąłem i ją, przecież La Pucelle! Taka nazwa, pierwszy raz ją słyszałem! La Pucelle (czyli „Dziewica”) jest jednym z ponad tysiąca klimatów burgundzkich; dokładniej rzecz biorąc klimatów o tej nazwie jest kilka, lecz są bez większego znaczenia; nigdy już La Pucelle nie kupuję.
Parę metrów dalej inny klient obracał w ręku butelkę owiniętą w szeleszczący papier; zastanawiał się. Podszedłem, chwyciłem drugą, też zaszeleściłem. - I co Pan sądzi? - zapytałem. - No, wie Pan – odrzekł z zadumą – to w końcu Château Grillet. Nigdy go tutaj nie widziałem.  Chyba wziął. Ja chyba nie wziąłem. Albo na odwrót.





Nie miałem wówczas pojęcia, czym jest owo Château Grillet za 180 franków. Nie miałem pojęcia, że to czyste viognier, że to jakby Condrieu, lecz lepiej, bo tworzy własną apelację, która nazywa się po prostu  Château Grillet, że posiadłość jest legendarna. Niewiele wówczas wiedziałem o winach, poza tym, że zrobią ze mnie – by zacytować klasyka – jesień średniowiecza, przemienią na długie lata moje życie, sprawią, że parę lat później będę mógł dziarsko przyznać się rodzinie i przyjaciołom: tak, oszalałem.
Wierzyłem wówczas w każde wypowiedziane i napisane słowo. To, co mówił sprzedawca albo klient w sklepie, wydawało się prawdą wszystkich prawd. Kupowałem przewodnik za przewodnikiem, a każdy był jak Biblia. Z przewodnikiem Hachette`a ganiałem do francuskich supermarketów w Warszawie i sprawdzałem wino po winie: jest czy nie ma. Jak było, to kupowałem. Zaprenumerowałem francuskie, angielskie, amerykańskie pisma winiarskie. Poznałem nazwy setek win, wykułem się ich na blachę, choć nigdy ich nie piłem; każda rekomendacja, każde punkty wydawały mi się obiektywną oceną, wobec której nie można przejść obojętnie: wyobraźnia w każdym razie nie przechodziła, czyniła z tak wyróżnionych butelek ciemny obiekt pożądania. Marzyłem o nich, jak inni marzą o podróży na Szeszele lub jak o nocy spędzonej z Georgesem Clooneyem lub/i ze Scarlett Johansson.
Wreszcie sam coś napisałem: pierwszą kronikę wina. A później kolejną. I tak dalej, poszło, przez ponad dwadzieścia lat. Dość szybko zrozumiałem, że nie ma obiektywnych miar, że wino nie zastąpi życia i że nie da się poprzestać na tym, co nazwaliśmy rajem na ziemi, że słowa to tylko słowa, że Château La Louvičre jest tyleż konieczne, co zbędne, że rzeczy są bardziej skomplikowane niż proste marzenia, że rynek, że podaż i popyt, że rywalizacja, że reklamy w pismach, że czasem pic na wodę, że trzeba spojrzeć na własne szaleństwo z humorem... Ale też zawsze wiedziałem – i ta wiedza nigdy mnie nie opuściła – że bez wina świat byłby nudny i pusty i że kolega szczęście i koleżanka rozkosz garną się najchętniej do jego towarzystwa. Któremu nie przestaję błogosławić.
Dlatego teraz, gdy zebrałem kroniki w jednym tomie, kończę spowiedź-przedmowę tym okrzykiem: „Warto było!”


Marek Bieńczyk

Marek Bieńczyk będzie kontynuował winomańską spowiedź na promocji „Wszystkich kronik wina”. Spotkanie odbędzie się 13 grudnia wieczorem, w Krakowie, w Krakó Slow Wines przy ul. Lipowej 6F. Wstęp wolny. Informacja o wydarzeniu tutaj.   


Marek Bieńczyk - pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.