Czwartek, 17 Października, 2019     ostatnia aktualizacja 14-10-2019
 
Dzień, w którym wypłynie ryba
 
2019-02-04

Nie wiem, które pytanie jest trafniejsze: dlaczego jest tak dobrze, skoro jest tak źle? Dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze? Mówię o bordeaux, znowu o bordeaux, bo znowu zdarzyło się to samo: idę na jedną przyjacielską degustację, na drugą i wiem, że nie mogę przynieść ani medoka, ani nawet pomerola. „Bo my bordeaux nie pijemy”; „no nie, tylko nie bordeaux”. O fenomenie zwanym bordeaux bashung już nieraz w ostatnich latach pisałem, lecz kwestia wciąż powraca i intryguje. O co chodzi ludziom? I o co chodzi mnie samemu, półczłowiekowi półkronikarzowi? Skoro i ja na bordeaux od dawna nie mam ochoty i z przerażeniem patrzę, że w moich skromnej, bo skromnej, ale w końcu jakiejś piwniczce, bordeaux, niegdyś kupowane z pasją, króluje, niedopite, nieotworzone, karczemnie zestarzałe.
Ale żeby to była tylko kwestia lokalna. Pojedźcie do Paryża; co tam do Paryża, pojedźcie do samego miasta Bordeaux, zobaczycie. W restauracjach, w tych samych, w których 15 lat temu kartę w 90 % wypełniały wina bordoskie, serwują głównie inne wina francuskie. W jednym z najlepszych winebarów, „Le Point Rouge”, dysponującym ponad 1000 etykietek, bordeaux zajmują ledwie 40% karty, a to i tak sporo w porównaniu z wieloma innymi miejscami. W takim „Le Flocon”, w centrum Bordeaux, win bordoskich jest w karcie ledwie 10%. A przecież jest tak dobrze, kolejne roczniki, oba wielkie, 2015, 2016, oba droższe od poprzednich, świetnie się na świecie sprzedają.
Kie licho? Dwa lata temu zawiozłem w goście znane saint-julien, Léoville-Poyferré 2001, dobry rocznik, dużo punktów, wino wysoko klasyfikowane. Wypiło się bez emocji. No to wyciągnąłem wino znad Rodanu, nawet nie côtes-du-rhône, tylko vin de pays za 10 euro. Tyle że robione przez Ch.des Tours, należące do Emmanuela Reynaud, właściciela samego Ch.Rayas, czyli żywej, wciąż żywej legendy w Châteauneuf-du-pape. Poszło jak lemoniada po etapie górskim w Wyścigu Pokoju. Nieco czuć było kwasowość lotną, ogólnie pycha.



Dziś czytam opowieść właściciela wspomnianego „Le Point Rouge”: w roku 2005 handlował winem i pojawił się w Bordeaux z dystrybuowanym przez siebie tymże Ch.des Tours; nikt nie chciał brać. Parę lat później chcieli brać wszyscy i sprzedawał rocznie w Bordeaux ponad 5 tysięcy butelek; mógłby więcej, ale podejrzliwy mosnieur Reynaud wietrzył – niesłusznie – jakąś spekulację. Ale żeby tylko Ch.des Tours. W owym czasie handlarz ów chciał sprzedawać bordoskim restauratorom wina z Clos Rougeard. Nikt nie chciał brać. Dziś wina tej loarskiej posiadłości dostępne są niemal wyłącznie na aukcjach.
I tak dalej. Kie licho, powtórzę, bo sprawka wydaje się iście diabelska. Najłatwiej byłoby ją wyjaśnić kontekstem społecznym. Wyniosłość bordoskich właścicieli, image luksusu, zemsta za wzrost cen, delectatio morosis (skoro Chińczycy pragną nad życie, to niech sobie mają), skojarzenia holdingowe (bordeaux jako wino dla krezusów niemających o winie pojęcia), fenomen mody (mało win bio), troska o zdrowie (gleby bordoskie należą do najbardziej zatrutych pestycydami). Ale to nie wszystko, chodzi też, a może przede wszystkim, o sam smak.
Zwłaszcza w przypadku medoków. Coś się stało takiego w ewolucji naszego smaku, że cabernet sauvignon przestaje wielu spośród nas podchodzić. Nie tylko cabernet z Bordeaux, ale z Bordeaux głównie. Czy to kwestia garbników w połączeniu z nową beczką, czy to kwestia wrodzonej surowości, wrodzonej, cokolwiek powiedzieć, zieloności, nawet jeśli dziś jest ona o wiele mniej odczwalna – trudno powiedzieć. Faktem jest, że coś się zmieniło. Pamiętam wizytę sprzed roku w moim ukochanym niegdyś Ch. Montrose, klasyfikowanym wysoko saint-estèphe, słynącym z mocnych garbników. Znowu to samo: niemal 100 punktów za ostatnie roczniki, ale wina z tak mocnym, odkrytym kręgosłupem, że niemal się można zakrztusić jak na rybiej ości. Trzeba wielu lat, by wino założyło gacie i koszulę – ale i wtedy ta mocna architektura wciąż będzie obecna. Tak ma być, to jest bordeaux, struktura i długie trwanie, ale to już nie zachwyca. Juliusz Słowacki wielkim poetą jest, by przypomnieć „Ferdydurke”, ale no tego...
Obok inna posiadłość, niewiele mniej sławna, Calon-Ségur. Trochę więcej merlota, piękne wina – jednak dziesięć lat temu z pewnością postawiłbym je niżej niż te z Ch.Montrose.
Zabrzmi to jak bluźnierstwo, ale powtórzę tu sentencję świętej pamięci profesora Denisa Dubourdieu, wielkiego enologa bordoskiego: to nie cabernet sauvignon stanowi o wielkości Bordeaux, a merlot. Bo cabernet, mówi profesor, może być wielki, a w każdym razie dojrzeć, wszędzie, a merlot osiągnąć może swoją doskonałość tylko tutaj. Pod warunkiem oczywiście, że nie będzie to merlot uprawiane dla produkcji – też już niemal (nie)świętej pamięci – win garażowych.
Czekam zatem na dzień, w którym znowu zamówię w restauracji bordeaux. Nie zdarzyło się chyba od dekady. To będzie dzień, w którym, jak to się powiada, znowu wypłynie ryba. Albo cabernet sauvignon.
Póki co, walczę z zabobonami. Był wtorek, była ochota, ale niewielka, otworzę sobie coś słabego, pomyślałem, bo na medytację nad gigantami nie ma dziś nastroju. Sięgnąłem po Ch.Poujeaux 2009, listrac-medoc, poniżej 20 euro. Nic wielkiego, bardzo smaczne. „Głupstwa piszesz, rzekło do mnie z głębi kieliszka, czas wracać do bordeaux”. 
  
 
Marek Bieńczyk


Marek Bieńczyk - pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.