Poniedziałek, 24 Luty, 2020     ostatnia aktualizacja 20-02-2020
 
Góra i dół
 
2020-01-27


Nasze życie toczy się na huśtawce. A życie winomana toczy się na turbohuśtawce. Na kosmicznym metronomie.Taka jest różnica między ludźmi normalnymi a nami. Dam przykład, żeby nie pozostać gołosłowny. Nagotrzeźwy. Ta ostatnia kolacja u kumpli. Każdy coś przyniósł, ja na szczęście, choć niekoniecznie moje, saint julien i saint-estèphe z dobrych roczników. A W. na przykład Vega Sicilia Único Reserva Especial. Powinienem napisać, że przyniósł Vegę Sicilię, ale nie wypada. Kiedyś spytano Emila Ciorana, czy poprawiał przekład swej książki „Zarys rozpadu” na niemiecki; tłumaczem był Paul Celan. „Nie poprawia się Celana”, odpowiedział Cioran. Nie odmienia się Vega Sicilia.
Vega Sicilia Unico Reserva Especial jest złożona z kilku roczników; tempranillo i cabernet sauvignon. To wino legendarne, chyba jeszcze wyżej cenione – przez konserwatystów - niż Vega Sicilia Único Gran Reserva rocznikowa. Szczodry ofiarodawca nalał sobie i żonie do kieliszka, oboje się skrzywili, jakby na znak. Nadzwyczajnie dobrane małżeństwo. Jak dobrze, że przytargałem Château Gloria i Château Lafon-Rochet, mieli się czym pocieszyć. Sprawa jest całkiem prosta, ich niechęć zrozumiała: W. i jego żona nie lubią burgundów, kochają bordeaux. Pili w życiu wielkie butelki – ale burgundy, żeby się tak przekonać? O nie. Więc z olimpijskim spokojem patrzyli, jak pochłaniamy, inni biesiadnicy i Wasz kronikarz, iberyjskie mecyje. Wielkie mecyje: początek był zachwycający. Podczas gdy W. z żoną po pierwszym łyku przeszli na saint-julien, ja rozkoszowałem się, no właśnie, czym? Odpowiedź jest prosta: burgundzkim stylem wina. Nie myślcie, że przesadzam, że to moje burgundzkie fiksum-dyrdum. Poszperałem później, chcąc uwiarygodnić własne odczucia, w opisach innych, a tu podobnie: brugundzki styl. Steve Brook: „przypomina burgunda”.
Oczywiście był to „burgund” podładowany, tęższy, ale wciąż tkwiący w rejestrach zwiewności i śpiewającej kwasowości. Co to jest śpiewająca kwasowość, ktoś zapyta podejrzliwie. Proszę sobie wyobrazić artystkę (albo artystę) nucącego w pustym klubie jazzowym o czwartej nad ranem, przy akompaniamencie pianina, jakiś standard; na przykład „Moon River”.



Nie jestem pewien, czy precyzyjnie to wyjaśniłem, w każdym razie zachwyt był potężny, i nad delikatnym bukietem (ktoś powiedział: „ależ ma pach!”) i nad niezwykłą, porywającą, obezwładniającą harmonią w ustach; wino było doprawdy fenomenalnie zrównoważone. Do tego stopnia, że to doznanie równowagi pochłaniało inne doznania; to sama równowaga – rzadkie zdarzenie – stawała się treścią wina. Przez dłuższą chwilę miałem wrażenie, że piję jedną z największych butelek w życiu. I może tak było.
Lecz oto minęło pół godziny; skoro W. i żona nie pili, miałem jeszcze sporą dawkę w kieliszku. Łyknąłem. I nagle stało się coś. Z góry zleciałem na dół. Cudowna równowaga zaczynała się powoli rozkładać, cofać, a na pierwszy plan wyszły nuty likierowe i dotyk alkoholu, wcześniej niewyczuwalne. Także delikatna fastryga beczki wzmocniła się i stała nieco brutalnym szwem. Wino wciąż było bardzo dobre, nadzwyczajne, ale podobne do tylu innych, nadzwyczajnych południowych win. Już nie było único. Huśtawka opadła w dół, dotknąłem stopami ziemi.
Nie narzekam, było przecież pięknie. Lecz i na dole może być wspaniale, albo w sam raz. Bo nazajutrz w domu własnym otworzyłem sobie A minima, najtańszego burgunda od ukochanego Trapeta; bywa czasem w warszawskich „Dyletantach”. A minima znaczy „w dół”, w domyśle „schodząc w dół” (na przykład z podatkami, he he). Sama etykietka jest a minima. Bielutki kwadracik z tyci literkami. Apelacja jest też niejako a minima: to bourgogne passe-tout-grains, czyli pinot noir zmieszane z gamay. Apelacja owa zawsze tkwiła  na dole burgundzkiej piramidy (niżej są dzisiaj tylko coteaux bourguignons); jej wyczyny zdobiły głównie pólki supermarketów. Ale w wykonaniu artystów jak Trapet przynosi butelki fantastyczne do picia bez ceregieli; za tę a minima (nie odmieniam!) dałbym niejedno a maxima. Panu W. i jego żonie wino by nie podeszło: kwasowość śpiewająca chórem, dotyk wina ledwo muskający podniebienie, taniny w zaniku, owoc czysty jak łza.
Nasze życie toczy się na huśtawce. A życie winomana toczy się na turbohuśtawce. Raz na górze, raz na dole. I tak dobrze, i tak jeszcze lepiej. Pamiętacie?

Na górze róże
Na dole fiołki
My się kochajmy
Jak dwa aniołki



Marek Bieńczyk

Marek Bieńczyk - pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.