Sobota, 15 Sierpnia, 2020     ostatnia aktualizacja 14-08-2020
 
Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal
 
2020-02-27

Nie wiem, od której strony zacząć tę kronikę, posłużę się znaną metodą „ lewa ręka do prawego ucha”. Zakładając, że prawym uchem jest wino. No dobrze, rzecz najpierw w tym, że raczej nie oglądam seriali. Ale jakiś czas temu obejrzałem jeden odcinek ponoć, pardon, kultowego w Ameryce serialu zatytułowanego „Breaking bad”. Nikt ze znanych mi osób nie dotrwał do jego końca, a sezonów było kilka, tymczasem ja nie dość, że do kresu dotarłem, to jeszcze było mi mało. A przecież przez parędziesiąt godzin projekcji wino się nie pojawia, no, może na jakichś imieninach, czy w chwili depresji jednej z bohaterek, która paraduje przez dwa odcinki z kieliszkiem białego w drżącej dłoni. Akcja toczy się na południu Stanów, więc nic dziwnego, że piją się raczej mocne trunki lub piwo.


"Breaking bad", kadr z filmu (Netflix)

Było mi zatem mało, lecz ku mej radości odkryłem, że na fali powodzenia twórcy serialu dokręcili parę sezonów sequela, serialu siostrzanego, pod tytułem „Better Call Saul”, w którym główną rolę trzyma pewien adwokat, odgrywający wcześniej w „Breaking bad” rolę drugoplanową. Wino w tej dokrętce też właściwie nie występuje. Ale adwokat ten ma brata Chucka, też adwokata, który cierpi na dziwną chorobę: jego ciało nie znosi najmniejszych fal elektrycznych i elektromagnetycznych. W domu żadnych więc lamp, komórek, telewizorów itd, itp. Goście muszą zostawić swoje telefony i piloty przed wejściem.
Jeszcze tu jesteście? No, już podprowadzam lewą rękę do prawego ucha. Wczoraj po serialu przeglądałem nagromadzoną od miesięcy prasę winiarską (nie mogę odzwyczaić się od papierowej prenumeraty) i wpadłem na jakiś artykuł o pewnej langwedockiej posiadłości. Pewnie poleciałbym dalej, gdyby nie mój serial; moje oko musnęło słowo: fale elektromagnetyczne. Przeczytałem.
Posiadłość zwie się Domaine Paetzold, od nazwiska właściciela, Niemca, który studiował enologię w Bordeaux. Po studiach Michael Paetzold założył przedsiębiorstwo trudniące się doradztwem enologicznym; dość szybko zdobyło ono sławę w winiarskich kręgach. Ale któregoś pięknego - dla fali elektromagnetycznych i im podobnych - dnia Michael powiedział sobie „basta” (po niemiecku) i kupił w Langwedocji, a dokładniej w Roussillon parę porzuconych  hektarów ze starymi krzewami (w tym 120 letnie krzewy carignan i carignan blanc). Od razu zdecydował się na winiarstwo biodynamiczne, ale tego było mu za mało. Po kilku próbach poszedł jeszcze dalej, czy też może skoczył w bok. Porzucając wszystkie enologiczne nauki, które zdobył.
Mianowicie, uznawszy, że jakakolwiek oksydacja szkodzi jego wizji wina, zrezygnował z użycia beczek, ale też amfor i cementu (inoxu zawsze nie znosił) i postanowił używać wyłącznie szkła (nota bene dwustulitrowe szklane słoje kupował gdzieś w Europie Środkowej; od niedawna uruchomił własną ich produkcję). Chciał zbiornika, który nie tylko nie przepuszcza tlenu, ale ma jeszcze inną, większą zaletę: przepuszcza rzeczone fale. Zresztą oddajmy mu głos: „Długo studiowałem wpływ fal elektromagnetycznych dzięki badaniom prowadzonym przez Telecom, kiedy rozwijał on sieć telefonii komórkowej. Te fale, niskoenergetyczne, zdolne są rozwibrować molekuły, „odkleić” elektron od jądra; każda fala otwiera niejako molekułę aromatyczną”.


Michael Paetzold w swoich wiekowych winnicach (fot. Domaine Paetzold)

Trudno powstrzymać się przed wstępnym puknięciem się w czoło, czy inną reakcją sceptyczną, tym bardziej że mamy u nas w kraju osoby na stanowiskach, które to osoby wierzą w bombardowania nas falami przez wrogie  siły. Profesor od enologii Pierre Casamayor, który odwiedził Michaela i przekazał relację, sam pisze o konieczności naukowego potwierdzenia supozycji winiarza. Czy na przykład umieszczenie szklanego kontenera w pobliżu stacji przekaźnikowej da inne wino, niż wino z kontenera ustawionego w strefie bez zasięgu? Albo czy długości fal wpływają na bardziej kwiatowy albo bardziej owocowy charakter win? Chyba trochę kpi, kiedy stawia te i podobne pytania.
Z profesorem kiedyś degustowalem; było poważnie, naszej komisji przewodniczyła – takie przyjemne name dropping - Jancis Robinson, profesor nie przepuszczał żadnemu jego zdaniem wadliwemu zapachowi, wielu winom dał dyskwalifikujące oceny. No ale tu, proszę, mimo ostrożności i naukowej rezerwy, pełen zachwyt, niektóre carignan ze szkła ocenione w obu kolorach na 18-19 punktów na 20.
W moim serialu wspomniany Chuck to kawał drania; jego chorobliwe uwrażliwienie na fale okazuje się zresztą efektem choroby nie cielesnej, a psychicznej. Budzi swoimi zachowaniami okropną niechęć, lecz teraz, po mojej lekturze, mam do niego lepszy stosunek. Tym bardziej, że w ostatnim odcinku pije 35-letniego Lagavulina i umie to docenić.
Sam natomiast chciałbym teraz najbardziej napić się carignana spod ręki Michaela. Bardziej niż czegokolwiek. Nawet jeśli wino ma nierówno pod sufitem. Jeśli mi się uda dorwać do butelki, przekażę Wam wrażenia. SMS-em.

Marek Bieńczyk

Marek Bieńczyk - pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.