Sobota, 05 Grudnia, 2020     ostatnia aktualizacja 28-11-2020
 
Okienka dla wina
 
2020-10-30

Przed paru dniami zamknięto u nas restauracje, kawiarnie i bary, przez co wino można pić już tylko w domu; opowiedziałem o tym przyjaciółce z Włoch, gdzie nie jest wiele lepiej, i przysłała mi filmik o florenckiej (i nie tylko) ciekawostce architektonicznej. Czyli o wymyśle przerażonych, wszelako spragnionych mieszkańców miasta, które na początku XVII wieku nawiedziła kolejna epidemia dżumy.
Nie mieli oni mikrobiologicznej wiedzy o zarazie, lecz mieli zdrowy rozsądek. Który ujawniał się w dwóch przeświadczeniach. Pierwsze mówiło, że lepiej się do siebie nie zbliżać, żeby się nie pozarażać. Drugie mówiło, że bez łyka wina i tak się nie da tego wszystkiego przeżyć. Nie spotkałem w tym roku osoby, która by choć jedno z tych stwierdzeń zakwestionowała. Poza jednym kumplem, który jest antycovidowcem i sądzi również, że ziemia jest płaska i że w jaskiniach w Himalajach uwięzieni są od parunastu stuleci przybysze z kosmosu. Serio. Ale jest na to wytłumaczenie: kolega nie pije wina.
Pomysł siedemnastowiecznych florentczyków był bardzo prosty. Otóż w miejscach wyszynku wybijano malutkie okienka. W ścianie przy wejściu czy podobnie. Spragniony i zarażony (lub nie) obywatel podchodził i przez dziurę podawano mu, nie wiem, kubłak, czy dzbanek z winem. Pił sobie, patrzył na szczury na bruku. Albo na niebo gwiaździste.
Dziura to złe określenie, ale i okienko nie jest wystarczające. Bo też są to nieraz cacuszka, pięknie przygotowane, z ornamentami. W każdym razie każde jest inne. A niejedne wyglądają wręcz jak ołtarzyki, na których składa się dowody wiary. Okienka te mają swoją nazwę: buchette del vino.
W czasach nieodległych okienka te służyły do wydawania lodów lub kawy na wynos. Naliczono ich w dzisiejszej Florencji aż sto sześćdziesiąt siedem, z tego sto pięćdziesiąt w samym centrum. Większość z nich jest jednak zamurowana, gdyż miejsca, w których powstały, zmieniły swoje pierwotne przeznaczenie, stały się apartamentami na przykład, czy hotelami. Ale wraz z pandemią pięć z nich ożyło i można podejść do nich po kielicha. Lub na kielicha.


Pandemiczne "okienko życia", buchetta del vino (fot. domena publiczna)

To wszystko jest oczywiście skromną anegdotą; trudno sobie wyobrazić podobne okienka w architekturze niewłoskiej i pozostaje nam kupowanie całych butelek na wynos lub sprowadzanie ich przez internet. Ale jak je wypić? Pamiętam rysunek z roku 1989, który mnie kiedyś ogromnie rozbawił. Układ Warszawski właśnie upadł i na rysunku widzimy ruskiego generała pijącego samotnie do lustra.
Ile jednak nasze domowe lustra mogą wytrzymać? W obliczu tak zwanej drugiej fali pandemii (ciekawe, jak oni to liczą), nie pozostaje nic innego jak spotkanie zwane już potocznie skype party albo zoom party. Odbyłem takich parę z winiarskimi kumplami z Ameryki; ale z tymi, którzy uważają,  że ziemia nie jest płaska. Idealne skype party winomanów polegałoby na tym, żeby otwierać te same butelki. O to jednak trudno. Kumple podsyłają mi co prawda pdfy z listami win proponowanych przez sklepy, do których chodzą, lecz rozbieżności między ofertą amerykańską a moją piwnicą są zasadnicze. Najłatwiej zegrać jest jerez typu Tio Pepe, no ale przy tym aż tyle o winie sobie nie pogadamy. Można bawić się inaczej: obwijamy butelkę w skarpetę i przekazujemy swoje wrażenia. Druga strona ma zgadnąć, o jakie wino chodzi. W nagrodę dostanie od nas prawdziwą butelkę. W roku 2024, jak dobrze pójdzie.
Podobnych zabaw można wymyślić jeszcze parę. W końcu już profesjonalne prezentacje i degustacje odbywają się on-line. Ostatnio Mołdawianie przysyłali nam, dziennikarzom, zestaw win, które publicznie, w sieci, mieliśmy w tej samej chwili próbować. Co przypomina mi tytuł świetnej powieści karaibskiego pisarza Dany`ego Lafferière : „Jak kochać się z czarnym, zbytnio się przy tym nie przemęczając”. Albo w innym przekładzie: „Jak bez wysiłku uprawiać seks z czarnuchem”. Uwaga dla nadto czujnych: autor jest czarnoskóry i tytuł jego powieści jest ironiczny.
Dworować z takich on-linowych spotkań da się bez końca, lecz stały się one już niezbywalnym składnikiem naszej codzienności. Powstają wielkie wirtualne przestrzenie dla koncertów, widowisk; cały nowy sieciowy przemysł tworzenia megamiejsc, które Francuzi zwą teraz „Métavers”. Już nie tylko zresztą koncerty (46 milionów na koncercie wirtualnym rapera Travisa Scotta), nie tylko dyskoteki wirtualne, lecz także wirtualne targi (salony), na których producenci (czegokolwiek) mogą się spotykać z klientami, którzy przechodzą od stoiska do stoiska. Kto wie, czy najbliższe Vinexpo albo Prowein nie odbędą się w takiej właśnie formule. W końcu co za problem? Czy notki win, które znajdowaliśmy po realnych targach w katalogach importerów od zawsze nie były wirtualne? To znaczy cokolwiek mijające się z rzeczywistością? Żartuję, oczywiście.
Wobec takiej przyszłości okienka dla wina wydają się ostatnim pożegnalnym krzykiem winiarskiego świata realu, jego łabędzim śpiewem. Trzeba się jednak na taką przyszłość szykować, wymyślać kolejne formy winiarskiej wspólnoty. Będzie się gadało jak zawsze, piło to same wino, jeśli dobrze się zorganzujemy. Tylko jednego zabraknie, emocji. Bo te powstać mogą jedynie we wspólnocie rzeczywistej, w jednej wspólnej sali, w jednym pokoju. Czasami pytają mnie o najwspanialsze wspomnienie degustacyjne. Bardzo trudno wybrać, ale chyba to tamten dzień, gdy po degustacji wielkich win francuskich (którą prowadziłem jeszcze w Collegium Vini) – pogoda i ciśnienie wyjątkowo sprzyjały winu – rzuciliśmy się sobie w ramiona. Gdyż nic innego nie mogło oddać wspaniałości przeżytych chwil.
 

Marek Bieńczyk


Marek Bieńczyk - pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.