Wtorek, 26 Stycznia, 2021     ostatnia aktualizacja 14-01-2021
 
W domach pańskich i pod strzechą
 
2020-11-28


„Gdy służąca podała wino, Winiarski łyknęli, skrzywili się i cisnęli w dziewkę roztruchanem. Dziewka krzyknęła, czerwień chlusnęła na jej sukienkę i turecki dywan. Służąca zreflektowała się szybko i jęła przepraszać, choć nie wiedziała za co.
- Żeby mi ostatni raz było! - ryknęli pan Bogdan – Tfu, co ty sobie myślisz, że ja nie odróżnię węgrzyna od byle kwasiora spod Jasła?!
Dziewczna zachlipała, przeprosiła raz jeszcze i wybiegła w te pędy z jadalni.
- To było węgierskie wino, mój drogi – odezwali się pan Wiktoryn.- Jasielskie wypiłeś ostatnio społem z panem Prekiem. Zachwalaliście przy tym obaj jego niezrównany smak i aromat, i że tym owo wino zacniejsze, że nasze, polskie. Pamiętasz?
- Nie - zaburmuszył się szlachetny gość. - Jakżebym miał pamiętać, kiedyśmy obaj z Prekiem byli pijani. Po pijaku człowiek różne rzeczy gada.
- Pijani jasielskim winem. Blisko tydzień je piliście.
- Ba!”
Scenka powyższa pochodzi z nagrodzonej przed dwoma miesiącami nagrodą Nike książki Radka Raka „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”. Nie pomyliłem się przy przepisywaniu; narrator jest niejako z chłopów i pojedynczym jaśniepanom przydaje czasowniki w liczbie mnogiej, „Winiarski łyknęli”, itd.
Oczywiście nie Warren Winiarski, lecz nasz, omen nomen, Winiarski, Bogdan Winiarski, szlachcic w winie rozmiłowany. Który jednak – czy raczej: „który oczywiście” - jest snobem, pyszałkiem i, jak precyzuje narrator, „birbantem, hulaką, awanturnikiem, hazardzistą i opojem”. Jakiekolwiek wszak byłyby jego wady i zalety, Winiarski myli węgrzyna z winem jasielskim, chcąc pokazać swój smak, znawstwo i wyrafinowanie, czyli wiedzę, że węgrzyn lepszym jest winem niż polski kwasior. Co nie przeszkadza mu w innej sytuacji towarzyskiej opijać się tym ostatnim po uszy i głośno je wychwalać.



Trzeba by pytać Romana Myśliwca, jak to z tymi winami jasielskimi w dawnych czasach bywało. Wiadomo, że w XVI i XVII wieku prowadzono przy jasielskich klasztorach winnice. Więc choć Radek Rak, sam Galicjanin, mruga zapewne okiem do dzisiejszych jasielskich winiarzy (a że moja matka pochodzi z Galicji, tym bardziej mnie to cieszy, jak też cieszy, że dobra i nagradzana polska literatura zaczęła opowiadać o polskich winach), nie popełnia chyba w swej historyczno-magicznej powieści - która dzieje się w latach 40. dziewiętnastego wieku – anachronizmu. Przypomina mi się zresztą, że w jednej z komedii Aleksandro Fredry, również Galicjanina, rozgrywa się nieco podobna scena: z okazji jakiejś uroczystości czy z powodu jakiejś dobrej nowiny jaśniepan prosi służbę, by tym razem podała gościom nie to kiepskie wino krajowe, lecz wyłącznie węgrzyna.
W innej scenie powieści Radka Raka jaśniepan Stanisław z wywodzącym się z chłopów Wiktorynem również piją wino.
„- Dobre to wino – oznajmili pan Stanisław po wypiciu solidnego kielicha. - Dobre, nasze. Spod Jasła.
Wiktoryn nic nie odrzekł. Gust pozostał mu chamski: wolał gorzałę. Ale w pańskich domach pijało się wino, więc i on pił”.

Gust pozostał chamski, to zdanie mnie interesuje. Oddaje oczywiście prawdę historyczną do dziś właściwie aktualną: jaśniepaństwo piło wino, chłopstwo waliło wódę. Kordian smakował węgrzyna, a cham trąbił czystą kartoflaną czy żytnią. W PRL-u różnica zaczęła się nieco zacierać, inteligencja ciągnęła gorzałę niemal równo ze wsią. Po upadku komuny różnica ponownie się uwyraźniła, wino stało się na powrót bardziej miastowe i „dworskie”, a wódka tradycyjnie pozostała wiejska. Dzisiaj to przeciwstawienie jest nadal aktualne, aczkolwiek widać wyraźnie, że wino schodzi powoli - i szczęśliwie - na poziom małomiasteczkowy.
Ale też wewnątrz świata winnego mówimy już – niby żartobliwie, dla zabawy, lecz i ciut serio – o „chamskim smaku”. Mówimy trochę intuicyjnie, a trochę powtarzając zastygłe schematy i  stereotypy, no ale jednak. Że intelektualiści i wyrafinowani inteligenci i liberałowie nie skrytykują cabernet franc (Parker, owszem, skrytykował, ale on przecież z chamów, z rodziny mleczarzy), że będą wynosili pod kulturalne niebiosa burgundzkie pinot noir, że uznają za wystarczająco niełatwe nebbiolo i gamay z Beaujolais jako awatary czerwonego burgunda (Mahler jest oczywiście większy, ale Debussy`ego też da się słuchać), że przyznają wyższość bardzo tradycyjnym wino z riojy, jak te od Lopez Heredii, nad nowoczesnymi riojami Artadiego, że za swoje uznają mineralne syrah z północy Rodanu, a nie szatonefy i gigondasy oparte na grenache z Rodanu południowego, że wobec malbeka argentyńskiego poczują intelektualny dystans, beczkowe merloty zaliczą do chłopskiego stylu, chociaż niekiedy – niczym krakowianie w „Weselu” - wykażą słabość do rustykalnych win domowych podawanych w Tuluzie czy w Veronie podczas, ach, jakże wspaniałych, obiadków na targu czy w trattorii.
Gdyby wziąć całkiem serio powyższe rozróżnienia, moglibyśmy dojść do wniosków typu: „powiedz mi, co pijesz, a powiem ci na kogo głosujesz”. Bo czy majętny elektorat republikański (można by sobie zadać pytanie) mógłby postawić wyżej wielowarstwowe, mieniące się niuansami Château  Haut-Brion (jak czyni to majętny elektorat demokratów w filmach Woody Allena) nad muskularne cabernety z Napy?
Istnieje pokusa, by stawiać sobie takie i podobne pytania, na szczęście byt win jest o wiele bardziej złożony i tajemniczy niż poglądy polityczne, z roku na rok coraz bardziej upraszczane. Więc o wiele bliższa prawdzie pozostanie scena z powieści Raka: my miastowi wolimy węgrzyny (cabernety znad Loary, syrah z północnej Doliny Rodanu) niż wina chamskie, ale w ślepej degustacji nie zawsze je rozróżnimy i wybierzemy to, co dobre, a nie to, co nominalnie odzwierciedla nasze wysmakowane ego. I tak nam dopomóż, Dionizosie!


Marek Bieńczyk


Marek Bieńczyk - pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.