Sobota, 10 Kwietnia, 2021     ostatnia aktualizacja 02-04-2021
 
Książę Walii
 
2020-12-31

Podobnie jak miesiąc temu dzisiejszą kronikę, niejako ciąg dalszy poprzedniej, zacznę od cytatu. „Gdy odkręcony przez Roberta Kruszynę korek strzelił z hukiem prosto w głowę Lowy Zylbersztajna, ten nie obraził się nawet zbytnio. - Co zrobić? - Lowa potarł uderzone miejsce - książę Walii to on nigdy nie będzie, ten Bobuś. Skąd on ma wiedzieć, jak to się robi z szampanem? - Panowie - rzekł Merynos wznosząc kieliszek z musującym żółtawym płynem - piję za naszą pomyślność! - Czy mamy wstać? - spytał z zimnym uśmieszkiem Wilga. - Sto lat, sto lat... - zaczął wprawny w nastrojach Meteor. - Zamknij twarz - rzucił twardo Merynos i wszyscy zrozumieli, że mowa będzie o sprawach poważnych. - Dosyć zabawy - oświadczył Merynos (…)”
Brak nam wszystkim winomanom w tym roku wyjazdów na winnice, degustacji wśród rzędów winorośli i w głębokich piwnicach, a nawet towarzyskich winiarskich spotkań w naszych domach; czasy są dobre dla samotnej lektury i dla samotnego łypania na seriale, nie muszę tłumaczyć dlaczego. Na szczęście na stronach zacnych ksiąg i na ekranach naszych zacnych laptopów pojawiają się sceny przypominające o wspólnocie wina i tym podobnych sprawach.
Powyższy cytat pochodzi o oczywiście ze „Złego” Leopolda Tyrmanda, powieści parakryminalnej jeszcze z lat 50., „kultowej”, jak to się mówi, dla wielu warszawiaków.
W przytoczonej scenie śmieszy mnie nie tyle nawet fakt, że Lowa Zylbersztajn zarobił w pałę korkiem z nieumiejętnie otworzonego szampana, co użyte przez niego wyrażenie w stosunku do swego niezdarnego oprawcy: „Książę Walii to on nigdy nie będzie”. Nie wiem, jak to brzmi w dzisiejszych młodych uszach:  dziwacznie czy zrozumiale. Sam przypomniałem sobie, że w moim dzieciństwie tak się jeszcze mawiało, kiedy chciało się skrytykować czyjeś maniery. „Książę Walii to ty nie jesteś”, skoro nie przepuściłeś dziewczyny w drzwiach (dziś już można), nie pocałowałeś matki kolegi w rękę (dziś już można), podałeś zupę prosto z garnka zamiast z wazy. Musiało być w tym wyrażeniu, że z „Walii”; z „Edynburga” czy z „Neapolu” (dajmy na to) było wykluczone.



Otwieranie szampana jest sztuką samą w sobie. Gangster Robert Kruszyna jej nie opanował, gdyż szampan w jego gangsterskiej karierze – jak w każdym ówczesnym i nie tylko ówczesnym życiu – bywał rzadkością. Jak wiadomo, czynność ta stawia nas przed wyborem tragicznym, każde rozwiązanie jest bowiem złe. Jeśli otwieram szampana tak, by korek został nam w dłoni i nic się nie rozlało (tak by otwierał zapewne książę Walii), przydajemy sobie elegancji, ale dokonujemy freudowskiego stłumienia, odmawiając huku, który jest objawem niekontrolowanej przez superego radości. Jeśli otwieramy tak, by korek walnął w sufit, ewentualnie w czaszkę Lowy Zylbersztajna, zachowujemy się nieprofesjonalnie, w zamian wszak dajemy upust nie tylko pianie, lecz i ochocie na psotę i na radosny wybuch; po to jest w końcu szampan, żeby pierdykło na cały regulator.
W powieści Tyrmanda nie tylko gangsterzy nie bywali księciami Walii. Zdarzało się to także maître d`hôtel restauracji Krokodyl. Oto wyszukane menu, jakie zaproponował on na gangsterski świąteczny bankiet: „Ryby wędzone i zimne mięsa, do tego czysta polska wódka, zupa rakowa, filet z jagnięcia z brukselką, do tego wino węgierskie czerwone firmy „Egri Bikaver”, gołąbki z faszerowanej kapusty, kompot mieszany, melba, czarna kawa, likier, peppermint”. No, może nie jest z tą Walią aż tak źle, niby wszystko jak trzeba, wódka do ryb wędzonych, wino do jagnięciny, tylko ta „firma” wina...
Mając nadzieję, że Wasz sylwestrowy posiłek nie będzie uboższy, przechodzę do seriali. Kiedyś już o winie w jednym z nich („Breaking bad”) wspominałem, dzisiaj kolejne odkrycie, które mnie rozbawiło nie mniej niż scena u Tyrmanda. W słynnym z różnych względów „Domu z papieru” rozgrywa się taka scena: w przeddzień napadu na mennicę Profesor z Berlinem, swoim bratem, piją pożegnalne wino, płaczą ze wzruszenia i za chwilę zaśpiewają „Bella Ciao”. Wino musi być szczególne, bo unoszą kieliszki pod światło, oceniają barwę i ogólnie widać, że smakują je z rozkoszą. Choć, dodajmy, kieliszki są karygodne (nie każdy jest księciem Walii). Kilkanaście odcinków później, gdy siedziba, w której przygotowano napad, zostaje odkryta, Inspektorka wchodzi do sali, w której bracia byli spożywali kolację i zauważa pozostawioną na stole pustą butelkę. „Château Margaux”, szepcze do siebie (z kiepskim akcentem), pełna – no jednak – podziwu dla Profesora. Ale z wersji filmu z angielskimi napisami (taką wersję oglądalem) szept Inspektorki wypada.
Na koniec dodam, że w Bordeaux są winiarze, którzy zachowują się może nie jak książęta Walii, ale chociaż jak książęta cygańscy. Otóż Thibault Bardet (posiadłość Vignobles Bardet), winiarz z Saint-Emilion, zakochany w serialu "Peaky Blinders", opowiadającym o losach romskiego rodu Shelby w Birmingham w latach 20 i 30. zeszłego stulecia, wypuścił na rynek wino – saint-émilion grand-cru - „botlled by The Shelby Campany Limited”. W materiałach reklamowych winiarz pozuje w strojach właściwych serialowej epoce i zapewnia, że winifikację wzorował na tradycjnych metodach z tamtych lat. W skład wina wchodzą „72% merlot, 6% cabernet sauvignon i 22% cabernet fucking franc”.


Tyle mojego pandemicznego raportu kulturalnego. Do Sylwestra jeszcze chwila, ale już zakończę najserdeczniejszymi życzeniami amtycovidowymi na 2021 – gdyż przez najbliższe dni będę zajęty. Czym? Powiem, lecz nie jak książę Walii: na koniec tego parszywego roku zamierzam skuć sobie mordę (znacie to wyrażenie? Za czasów Tyrmanda bardzo popularne) najlepszymi winami, jakie mam. Może w ten sposób przerwę ten pieprzony koronoserial i wygnam Złego we wszystkie czorty.

Marek Bieńczyk



Marek Bieńczyk - pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.