Niedziela, 26 Września, 2021     ostatnia aktualizacja 24-09-2021
 
Bajeczka Andersena
 
2021-05-30

Château La Tour-Haut Caussan z apelacji Haut-Medoc jest skromnym bo skromnym, lecz jednak grand cru classé w kategorii piątej. Co zostało uwidocznione na etykietce. Ale nie to tylko; pod etykietką na dole podano do wiadomości w postaci czytelnego, odręcznego podpisu nazwisko właściciela. Czego na głównej etykietce czy z przodu butelek w winach bordoskich raczej się nie robi; co najwyżej nazwisko może pojawić się na kontretykiecie. Ale w tym przypadku nazwisko figuruje sobie rześko z przodu, i na pewno nie bez przyczyny: była chwila, gdy wydawało się ono gorące i turbodoładowywało tradycyjne określenie grand cru classé. Wnosiło dodatkową informację, niejako gwarancję jakości żyrowaną przez... no kogo, koteczku?
Ta chwila to początki XXI wieku, nazwisko to Bernard Magrez. Multimilioner, który zainwestował w wina i stał się właścicielem wielu winnic nie tylko w Bordeaux.


Początki wieku, roczniki 2000, 2001, 2002. Wszystkie je kupiłem (w roku 2004 kosztowały niewiele ponad 20 euro) i wszystkie czekały w piwnicy na ten felieton. Felieton będzie, win już nie, zostały właśnie wypite. Wypiłem, ale się nie cieszyłem. Za to zacząłem wspominać.
Przede wszystkim tamtą kolację podczas Vinexpo u Magreza. W samej posiadłości Pape-Clement, perle w jego koronie. Los lub kosmicznie przemyślany plan sprawił, że posadzono mnie przy centralnym stoliku Magreza, ramię w ramię, a innych dziennikarze przy dalszych stolikach. Nawet Wojtka Bońkowskiego. Do dziś ma mi za złe, że go tam sprowadziłem. Naprzeciw mnie usiadła para rosyjskich importerów, cała w złocie. Podanych dań nie pamiętam; wina były z różnych posiadłości średniej półki, więc pociągnąłem Magreza za język i nadepnąłem mu na honor, pokazując jakimiś minami albo odpowiednio dobranymi zdaniami, że przyszedłem się napić jego arcydzieł, a nie przeglądać w złotych bransoletach słowiańskich gości. Od słowa do słowa zaczęła się rozmowa, a za nią wnoszenie tajemnych butelek. Jeśli nie wiecie, kiedy zrodził się na świecie hejt, to Wam powiem: 15 czerwca 2003 na Vinexpo, w posiadłości Bernarda Magreza, kiedy to goście z innych stolików nienawistnym wzrokiem śledzili mój dopełniony coraz to innym wiem kieliszek.
Ale czy było czego zazdrościć? „Opowiem Ci – rzekł Benard Magrez – jak robi się wina na sto punktów”. Jak przyrzekł, tak zrobił. Taka bajeczka Andersena. Był sobie raz chłopiec, którego tata wyrzucił na ulicę. Później chłopiec zdobył jednego franka, czyszcząc komuś buty, a potem drugiego. Ileś lat później nabył winnice. I zadzwonił tam, gdzie dzwonią aspirujący właściciele. Dowiedział się co robić. Niewiele już pamiętam, w każdym razie jagoda po jagodzie przetrząsane przez trzy stoły sortownicze, późne zbiory, beczki nowe jedne, beczki nowe drugie, Michel Rolland doradza, po czym Michel Rolland dostarcza wino Parkerowi i Parker siada na tyłku, bajeczka spełniona.
Usiadł dla Magreza bodaj raz czy drugi na wina z Prawego Brzegu. 100 punkciorów jak stu GI zrzuconych na Saint-Emilion, Siadywali inni jankescy dziennikarze, ale też francuscy specjaliści, którzy wiedli rej i narzucali Bordeaux nowy styl, taki Michel Bettane na przykład. Tymczasem przyszedł rok 2021, otwieram wspomniane wina i czuję od razu tę kompromitację, kompromitację triumwiratu Magrez-Rolland-Parker z Bettan`em na dosiadkę, kompromitację tego wiekopomnego projektu, którym wszystkim nam zaśmiecał głowę. Nie, bynajmniej wina nie umarły, jak to medoki zachowały życie, tyle że okazały wyschnięte na szczapę, gotowe do podpałki na ognisku harcerskim. Dla zuchów powyżej 18 roku życia rzecz jasna.
Osłona postbeczkowa działała jak wojska obrony owocu, nie dawało się w kierunku smaku przecisnąć. Wino nie miało starczych aromatów, żyło, lecz jak dziewica w wysokiej wieży nie bardzo wiadomo dla kogo.

fot. M.Kapczyński

No więc powtarzam sobie „kompromitacja projektu”, bo to dobrze brzmi. Król z posiadłości La Tour Haut-Caussan okazał się nagi i niemało takich monarchów czeka jeszcze na wypuszczenie z niebacznie odłożonych do starzenia butelek. Już słyszę się, jak się dobiają, i od razu włączam płytę ukochanych T. Rex.
Nie muszę zresztą o tym dłużej mówić; wyłamuję poniekąd drzwi już szeroko otwarte; już wiadomo, że teraz takich win robi się coraz mniej. Tak wiele się od tamtych czasów zmieniło w sposobie winifikacji win; mam też nadzieję, że winach Magreza również, ale przezornie od dawna po nie nie sięgam. Czytałem natomiast raport z ostatnich roczników prostych bordeaux: wiele z nich to wina zupełnie pozbawione starzenia w beczce, albo starzone w beczce bardzo starej, albo wina z amfor, albo z betonu, o wiele smaczniejsze do picia niż kiedyś.
Zastanawia mnie natomiast pytanie o to, co się wówczas stało; skąd się wzięło to zaczadzenie, to rollandowskie ukąszenie. Co się stało w tamtych latach takiego, że część posiadłości zechciała wskoczyć na tego rumaka, który leciał po punkty do Parkera czy Bettane`a? Nie dotyczyło to na ogół wielkich klasyfikowanych posiadłości; dotyczyło ich mniej wyposażonych przez los sąsiadów i dotyczyło tych newcomersów – niekiedy winiarskich neofitów, którzy na prawo i lewo kupowali winnice. Wszyscy oni wymyślili sobie, że techniką da się przeskoczyć duchowe ograniczenia, że różne maskujące zabiegi, konsultanckie czary-mary przemienią bohomazy w arcydzieła. Ta fala nie została do końca sproblematyzowana, obgadana.
Oczywiście w obliczu „nowej świeżości”, zwycięskiego trendu, kwestia wydaje się bardziej czarno-biała niż jest i dlatego jej opis wymaga wielu niuansów. Więcej niż było w winach Magreza.  


Marek Bieńczyk

Marek Bieńczyk - pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.