25 marca w hotelu Sofitel Victoria w Warszawie odbyła się coroczna degustacja win z portfolio firmy Wine4You. Winemakerzy i przedstawiciele winiarni dotarli już dzień wcześniej w polskie skromne progi. Przekrojowa degustacja dała obraz nie tylko samych win ale również zmian i trendów jakie zachodzą na scenie winiarskiej w ostatnich latach.Swoje wrażenia po degustacji opisuje Monika Bielka-Vescovi.
25 marca w hotelu Sofitel Victoria w Warszawie odbyła się coroczna degustacja win z portfolio Wine4You. Winemakerzy i przedstawiciele winiarni dotarli już dzień wcześniej w polskie skromne progi by podzielić się pasją winiarską i tradycjami swojego kraju. Przekrojowa degustacja dała obraz nie tylko samych win ale również zmian i trendów jakie zachodzą na scenie winiarskiej w ostatnich latach.
Tradycje
Udało mi się przyjść na tyle wcześnie by ominąć tłumy i chwilkę porozmawiać o winach z tymi, którzy mają styczność z ich produkcją i znają ich historię od podszewki. Zaczęłam degustacje od Beni di Batasiolo. Przemiła export manager Paola Bassi nie tylko przedstawiała wina, ale z pasją opowiadała
o Piemoncie i o tym, gdzie i w jakich warunkach rosły winogrona do produkcji każdego z nich. Jednym z najciekawszych białych win okazało się 2009 Graneé Gavi di Gavi wyprodukowane ze szczepu Cortese. Nutki kwiatowe przeplatały się z soczystym zielonym jabłkiem a w finiszu wyczuwalne były gorzkie migdały. Degustując Graneé na moment wróciłam do Tajlandii wyobrażając sobie idealne połączenie tego wina ze świeżą, pochodzącą prosto z Morza Andamańskiego rybą – duszoną w trawie cytrynowej i kolendrze – lucjanem (red snapper). Myślę, że świetnie będzie też pasowało też do pstrąga duszonego w aromatycznych ziołach – najlepiej w folii na grillu. W końcu robi się ciepło i grilla już zaczynamy rozpalać. Degustację zakończyłam słodkim 2010 Moscato d’Asti Bosc dla Rei, tak popularnym zresztą w tym sezonie. Moscato d’Asti charakteryzuje się niższą zawartością alkoholu alkoholem i jest niezwykle aromatyczne więc świetnie sprawuje się zarówno jako aperitif jak i wino deserowe. Pomiędzy tymi winami degustowałam jeszcze Barolo i Barbaresco, obydwa z 2006 rocznika, o których mówi się, że są królem i królową Piemontu. nebbiolo (bo ten, skądinąd bardzo kapryśny, szczep kryje się właśnie za Barolo i Barbaresco) w Piemoncie tworzy wina niezwykłe. „Królowa” miała zbalansowane usta, z nutką wiśni i jeżyn i długi elegancki finisz. Warunki klimatyczne w winnicach „króla”, sadzonych nieco wyżej niż winnice barbaresco, są bardziej ekstremalne i nadają temu winu więcej charakteru. Wino jest złożone, pojawiają się tutaj piękne nuty polnych fiołków, których aromat korzenia (a nie jakby się nam wydawało kwiatu) bardzo dobrze znamy z naszych parków. W ustach – maliny oblane czekoladą a w tle laska wanilii i orzechy włoskie. Podczas naszej rozmowy – jak to przystało na „świtę dworską” – pogawędziłyśmy także o polowaniu i to nie byle jakim, bo na trufle. Co roku jesienną porą w regionie Alby zapada szaleństwo poszukiwania tych znakomitych grzybów, które wyjątkowo komponują się z winami ze szczepu nebbiolo. Na koniec z uśmiechem pożegnałyśmy obiecując sobie, że na pewno gdzieś się jeszcze spotkamy. Bo tak to już z winem jest, że jak raz się wdepnie – cały świat robi się malutki a ludzi wina spotyka się w najdziwniejszych zakątkach świata.
W pogoni za zmianą
Z Piemontu na moment wpadałam do Veneto, żeby wypróbować Amarone z Cantiny Valpolicella Negrar. Manager ds. eksportu w cantinie – Magnus Saccone w wyjątkowo uprzejmy i ułożony sposób opowiedział mi o szczepie molinara, który choć tradycyjnie często używana do produkcji Amarone, coraz częściej jest unikany, gdyż łatwo się utlenia i choć nadaje kwasowości – w kupażu corviny, corvignone i rondinelli – robi więcej szkody i niż pożytku. I tutaj, tak jak i w wielu innych regionach włoskich, tradycja odchodzi w zapomnienie w pędzie do jakości i zdobycia rynku.
Skoro mowa o Włoszech to spędziłam jeszcze małą chwilkę w słonecznej Toskanii pod okiem przeuroczego Alberto Giannotti – właściciela win pod etykietą Diadema. Same ozdobne butelki na pierwszy rzut oka przerażają połączeniem przepychu i kiczu – dopóki nie zdamy sobie sprawy, że kryształy je zdobiące są od Swarovskiego, a każda butelka jest ręcznie dekorowana tak, by o kiczu nie było mowy. Wtedy uznajemy to za ekstrawagancję… Z podejrzliwością sięgam po kieliszek d’Amare, drugiej etykiety Diademy, kupaż sangiovese, cabernet sauvignon i merlot, no i tutaj zaskoczenie – bardzo pozytywne. Wino jest niezwykle intensywne, jak utarło się już mówić – „parkerowskie” w swym wyrazie. Skoncentrowane owoce, piękny balans, okrągłe, miękkie taniny. Wino jest stworzone tak, by można było czerpać z niego przyjemność za młodu. Oprócz wina z rodzinnej Villa L’Olmo Alberto postanowił wyprodukować pod etykietą Diademy również szampana, bo jak wiadomo szampan kojarzy się z elegancją i wyrafinowaniem. Moją szczególną uwagę zwrócił Dosagè Zero (70% pinot noir oraz 30% chardonnay) ostatnio niezwykle popularny, świadczący o szczycie jakości, gdyż to właśnie cukier może zamaskować niedociągnięcia wina. W przypadku zero dosagè wybieramy winogrona z najlepszych winnic i w najlepszym stanie, tak by jedynym świadectwem jakości wina był sam owoc. Jednak wiadomo, że za ekstrawagancję się płaci i to słono, ale czasem warto.
Przeskakując półkule ze starego pełnego glamouru świata, wpadłam w prostszy, nowy świat dotknięty jednak tą samą ręką. I tu bowiem pojawia się Swarovski, jednak już nie jako „blink” na butelce, ale właściciel Bodegi Norton (od 1989 roku) jako w argentyńskiej Mendozie. Bodegę Norton znam dobrze z moich podróży po USA. To marka wkraczająca dopiero na polski rynek, ale już bardzo dobrze rozpoznawalna na całym świecie. Świetny PR i stała jakość przy olbrzymiej produkcji – doliczyłam się dziewięciu różnych linii win spokojnych. Wina dobre, ale nie zachwycające swym terroir o ile w ogóle można o nim mówić. Oczywiście produkują również wina wyjątkowe jak Riserva Malbec 2007, które zajęło 90 miejsce na liście 100 najlepszych win świata, no ale przy takim budżecie ciężko nie zatrudniać najlepszych winemakerów, którzy nam wyprodukują „najlepsze wina świata”.
Z Argentyny przez Andy (choć tutaj łatwiej, bo po prostu podchodzę do drugiego stolika) wchodzę do chilijskich winnic Viña Carmen. Piękne, tradycyjne winnice stworzone już w 1850 roku i – jak to zwykle bywa – wykupione przez potentata Claro Group w 1987 roku. Warte krótkiego wspomnienia jest carménère z 2009 roku z klasycznym aromatem białego pieprzu i nutką dzikiej róży. Nie było nadzwyczajne jednak sam szczep jest godny uwagi. Szczep carménère pochodzi z Bordeaux, gdzie uznany został za wymierający gdyż po ataku filoksery nigdy nie dostosował się wystarczająco dobrze do szczepienia na amerykańskich korzeniach. Przez wiele lat wina produkowane z tego szczepu w Chile, etykietowane były jako merlot, dopiero na początku lat 90-tych ampelograf Claude Valat odkrył, iż nasadzenia w Chile to carménère.
Powrót do źródeł
Z Chile już rzut beretem do Afryki Południowej. Z przyjemnością ściskam legendarną rękę Johanna Krige współwłaściciela winiarni Kanonkop (na zdj. poniżej). To właśnie wina z tej winiarni zmieniły mój pogląd na jakość win z RPA. Jego dobrze wywarzony pinotage stał się dla mnie klasycznym przykładem za pomocą którego od lat przekonuję moich uczniów o jakości win z tego, jakże dla nas odległego, zakątka ziemi. To właśnie w tych winnicach wracamy do tradycji i sedna produkcji wina. To właśnie praca w winnicy i przedstawienie terroir przynosi sławę i uznanie. PR pojawia się sam jak wystrzał armatni. Wartym zdegustowania jest przede wszystkim Paul Sauer kupaż 70% cabernet sauvignon,
15% cabernet franc oraz 15% merlot z winnic w Simonsberg, Stellenbosch nazwany ku pamięci dziadka Johanna. Miałam przyjemność degustować rocznik 2004. Nuty dojrzałej czarnej porzeczki z aromatem dymnym i długim owocowym finiszem – aż żal było odchodzić.
Klasyka
Na koniec degustacji i tu już tylko dzięki protekcji udało mi się spróbować kilku butelek, które skrzętnie ukrywane pod stołem czekały na tych, którzy potrafią je docenić. Miałam dużo szczęścia pierwszą był Emeritus 2004 z hiszpańskiej winiarni Marques de Griñon znajdującej się w Castilla La Mancha kupaż cabernet sauvignon, syrah i merlot, pełne struktury wino z nutami dojrzałych śliwek i jagód, długie i soczyste. Drugie to sławne Chateauneuf-du-Pape, Château de Beaucastel 2006, którego historia sięga XVI wieku. Beaucastel to jeden z kilku château w Rodanii które kultywują i używają w kupażu wszystkich 13stu tradycyjnych szczepów dozwolonych do produkcji Chateauneuf-du-Pape. W nosie piękne nuty białego pieprzu i ziół, w ustach wyczuwa się wiśnie, figi i długi – wydawałoby się ciągnący się w nieskończoność – finisz. Radość dla mego podniebienia i duszy. No i ostatnie wino, które ucieszyło mnie chyba najbardziej to 1978 Castillo Ygay Grand Reserva Especial Historic Release od Marquiz de Murietta kupaż: tempranillo 75%, garnacha 10%, mazuelo 12%, graciano 3%. Wino spędziło 18 lat w beczce zanim zostało zabutelkowane. Już drugi raz udało mi się je degustować. Trzy lata temu, w Tajlandii wydawało mi się odrobinkę bardziej żwawe i owocowe. Dziś nos zdradza delikatną nutę acetonu oraz złożony bukiet lekko podsuszonych owoców, w ustach natomiast jest aksamitne i eleganckie. W swym 33 roku życia jest bardziej dostojne, choć nadal trudno jest zgadnąć, że wino to jest już w wieku Chrystusowym.
Miło jest odkrywać nowości i trendy starego i nowego świata. Czystą przyjemnością jest jednak powrót do klasyki i nadzieja, że tradycje zostaną zachowane i przez wiele kolejnych lat będziemy mogli cieszyć się winami, które opowiadają prawdziwą historię swojego terroir.
Tekst i zdjęcia: Monika Bielka-Vescovi