Wspaniała Pani Foradori
To nie niżej podpisany wymyślił tytuł tej kroniki. Jest on parafrazą tytułu serialowego; wziąłem z niego przymiotnik, zmieniłem nazwisko. „Wspaniała Pani Maisel”, serial pięciosezonowy, opowiada o kobiecie wyemancypowanej, błyskotliwie inteligentnej, dowcipnej i przede wszystkim cudownie autentycznej, szczerej i naturalnej. Rzadko to mi się zdarza, lecz obejrzałem serial, odcinek po odcinku, do końca.
Elisabettcie Foradori należą się wszystkie te superlatywy, ale też należą się one jej winom. Niewątpliwie są one naturalne (w każdym sensie słowa), inteligentne, szczere i autentyczne. Do dużej ich degustacji w wine barze Roberta Mielżyńskiego przystępowałem nieco znużony ostatnimi spotkaniami z winem. Dzięki Wojtkowi MW i dzięki Piotrowi Kameckiemu miałem okazję spotkać się parę dni wcześniej z wielkimi bordeaux z samej ekstraklasy (w tym tuzina win z mocnego 2005 roku), a także z paroma winami z Rodanu, w tym słynnymi La Chapelle od Jabouleta i La Mouline od Guigala. Na dwadzieścia parę win z najwyższej półki do serca trafiło ledwie kilka czerwonych (białe były lepsze); większość, mimo że młodość miały dawno za sobą, dało się przykryć dojrzewaniu w drzewie; zdawały się albo wciąż niegotowe do picia (a kiedy ma być gotowy saint-emilion jak nie po dwudziestu latach?), albo już podeschłe niczym jezioro na sawannie przed porą monsunową. Nie miałem ochoty przebijać się przez zwały desek albo zbroje nadto wyciśniętych garbników, aby krzyknąć jak majtek z gniazda marynarskiego: „owoc! jest, widzę, owoc!”. Nawet jeśli coś tam się dojrzało, rozkoszy nie było.
Wina Foradori nie należą bynajmniej do wprost rozkosznych i łatwych; wymagają dużej uważności, zwłaszcza wina białe (z odmian nosiola i manzoni). Opłaca się po stokroć. Oczywiście można je opisać technicznymi kategoriami, typu wysoka kwasowość, albo też techniczno-mitycznymi, typu: wysoka mineralność. Jednak wydaje mi się, że nie oddamy im sprawiedliwości takimi określeniami. Moje pierwsze wrażenie sięgnęło po słowo „czystość”, czy raczej „krystaliczność” (angielskie purity, francuskie pureté bardziej tu pasują, gdyż nie ma w nich opozycji do brudu jak w polskiej „czystości”), lecz to jest za mało. „Krystaliczność” nie jest już określeniem technicznym, lecz nie jest wprost określeniem metaforycznym czy poetyckim. Podobnie jak dwa kolejne określenia, które po dłuższej chwili, kiedy już wejrzałem – tak jak umiałem – w wina, przyszły mi do głowy. I znowu słowo niepolskie: angielskie diaphanous, francuskie diaphane. Polskie słowo „przezroczysty” „czy „przejrzysty” byłoby trochę za słabe. Nie chodzi mi tu bowiem o ażurowość, prześwity, lecz o brak zasłon, przesłon. Mógłbym powiedzieć ”wina nieprzesłonięte”, lecz nie brzmi to najlepiej.
Diaphanes pochodzi oczywiście ze starożytnej greki; używane było w różnych filozoficznych kontekstach. Mogło ono oznaczać na przykład pełną przejrzystość między promieniem wysłanym przez oko a promieniem wysyłanym przez przedmiot; spotykają się one w połowie drogi i wzajemnie przenikają. Relacja jest oczywista, bezpośrednia, nie ma między nimi żadnej przeszkody, Między tym, co jest widziane, a tym, co patrzy, nie powstaje żadna niestosowność, wszystko jest jasne i jednoznaczne.
O to właśnie mi chodzi. O to, że między bytem, z którym się spotykamy, a nami samymi nic nie staje na drodze. Wysiłek winiarza skupił się na tym, aby to szczególne istnienie powołane do życia, złożone z miejsca, gron i dotyku (czyli z terroir w pełnej jego definicji) przemówiło do nas w sposób jak najbardziej bezpośredni. Nieczęsto zdarza się doznanie, że właśnie tak, że dostąpiło się, dotykając ustami wina, bezpośredniego kontaktu z tym drugim istnieniem.
Arystoteles pisał, że barwą przezroczystości jest światło. Więc tak, z win Elisabetty bije światło, które oświetla, by tak rzec, drogę od korzeni winorośli po nasze podniebienie. I nie chodzi o to w tym wszystkim, by było nadzwyczaj smacznie, niebo w gębie, itp. Sam smak nie jest najważniejszy. Ani aromaty, bardzo tu delikatne, omdlewające. Nie każdemu te wina, z wyczuwalnym akcentem naturalnej siarki, podejdą jak mnie. Tu w grę wchodzi inna koncepcja wina, oparta mniej na efektowności, co na odsunięciu wszystkich masek nakładanych podczas produkcji na wino. Bardziej niż smaki, a nawet aromaty liczy się u Foradori – znowu muszę użyć słowa niepolskiego – trama oznaczająca po włosku (trame po francusku) osnowę, wątek. Osnowa, czyli DNA bytu, jego fundament. Jego sprężyna. Albo jego mapa.
Wydawać by się mogło, że mimo wszystko swoim zwyczajem poetyzuję tu czy metaforyzuję; może tak jest. Lecz mam przekonanie, że bez tych wszystkich powyższych pojęć nie dotarłbym do serca win Foradori.
Tego samego dnia poszedłem po południu do Muzeum Narodowego na nadzwyczajną wystawę malarstwa Ensora i Wojtkiewicza, obsesyjnych malarzy masek. Jeden obraz Ensora skojarzył mi się z przedpołudniowym doświadczeniem. Widać na nim zamaskowane postacie, które wpatrują się w żółwia przed nimi. Pomyślałem: maski to owi producenci, którzy swój sposób bycia narzucają swoim winom. A żółw to tacy winiarze jak Foradori, bardzo powoli, bez pośpiechu posuwający się po skali czasu. Czyż Elisabetta nie mówiła na spotkaniu, że jej wina, fermentujące i macerowane bez żadnej kontroli temperatury, za to bardzo długo, zyskują w ten sposób żółwią długowieczność, niemal nieśmiertelność. Granato 1999, które mieliśmy (dzięki szczodrością rodu Turnau) pić na degustacji świadczyło o tym najlepiej. (Dodam, że z win czerwonych najbardziej polubiłem produkowane od 3 lat Sgarzon Cilindrica, winifikowane i starzone w hiszpańskich amforach)
Ponieważ rok dobiega końca, przyszło mi przed chwilą do głowy, że wina, które najlepiej w 2025 zapamiętałem, pochodzą znowu z rąk kobiet: Elisabetta Foradori, Veronica Ortega, Victoria Torres-Pecis. Może dlatego, że jest w nich mało ego winiarza. Nie są to bynajmniej wina proste; nie o to chodzi. Chodzi o to, że sięgają najgłębiej, tam, skąd się wszyscy wzięliśmy.

Marek Bieńczyk
- pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.